Ja żona. Czyli turystka w kraju swojego męża

Ja żona. Czyli turystka w kraju swojego męża

Dla wielu kobiet dzień ślubu jest najbardziej wyjątkowy w ich całym życiu. Niektóre planują go od dzieciństwa. Są też takie, które luźniej podchodzą do tematu. Dla mnie również był to bardzo ważny dzień. Dzień wiele zmieniający w moim życiu. Międzynarodowy ślub kościelny to olbrzymie wyzwanie. Biegaliśmy od urzędu do urzędu, od księdza do księdza. O dziwo wielu księży nam sprzyjało. W urzędzie urzędnicy byli mniej łaskawi, ale i tu jakoś poszło.

Po ślubie miało być z górki…

Zdecydowałam się na przyjęcie nazwiska męża ze względu na emigrację do jego kraju, a mieliśmy już sposobność przekonać się, że prędzej sobie tubylcy połamią język niż wymówią moje panieńskie nazwisko. Cóż z tego, skoro po przyjeździe, gdy podjęliśmy kroki do zarejestrowania małżeństwa, okazało się, że sorry Batory, ale zostałam zarejestrowana pod nazwiskiem panieńskim – „takie mamy prawo”. Pan urzędnik się bardzo mylił, bo prawo owszem, nie pozwala na przyjęcie nazwiska małżonka/małżonki, ale tylko wtedy, gdy w związek małżeński wstępuje się na terenie objętym tym prawem. Gdy przyjeżdża się już ze zmienionym nazwiskiem, według prawa muszą to zaakceptować. Niby muszą, a jednak tego nie zrobili.

Zdrowie

Jak większość świeżo upieczonych małżonków marzyliśmy o dziecku. Szybko zaszłam w ciążę. Szybciej niż się spodziewaliśmy, ale z radością przyjęliśmy tę nowinę. Nasza radość nie trwała jednak długo. Potrzebna była opieka medyczna. Udaliśmy się do kolejnego urzędu, tym razem, by zdobyć ubezpieczenie. Znowu zgodnie z informacjami na stronach internetowych instytucji, do której się udaliśmy – miałam prawo do ubezpieczenia. I znowu słowo sobie, a rzeczywistość sobie. Ubezpieczenia nie dostałam. Nie należało się. Byłam dla nich tylko turystką. Nie ja jedyna. Każda żona cudzoziemka swego męża tubylca nie ma prawa do ubezpieczenia, dopóki nie przejdzie przez cały dwunastomiesięczny proces przyznania stałej rezydencji. Dwunastomiesięczny od czasu, gdy przyjmą dokumenty, a te są często odsyłane, bo coś się nie zgadza. Niby nie zgadza. Nasze wróciły po trzech miesiącach, bo brakowało dokumentu – zgody ojca biologicznego mojego syna. Zgody ojca, który w akcie urodzenia nie figuruje.

Wróćmy do ubezpieczenia i kwestii bycia turystą. Jako turysta nie mogę otworzyć konta w banku, nie mogę pójść na kurs językowy dla imigrantów, nie mam też dostępu do opieki medycznej. W żadnej klinice nie rozumieją, jak mogę być żoną i nie mieć tutejszego ubezpieczenia. W końcu znaleźliśmy klinikę, w której poprowadzą ciążę. Na dzień dobry po raz kolejny słyszę, że chcą moje nazwisko panieńskie, a nie to, które przyjęłam po ślubie. Argumentują to możliwością dostępu do historii medycznej. A ja się grzecznie, acz wkurzona pytam: „Do jakiej historii? Nic tu nie macie!”. Ja swoje, oni swoje. Stałam się dla nich „panią … <niezręczna-pauza-bo-nikt-nie-potrafi-przeczytać-mojego-nazwiska>.

Każda wizyta, każde badanie odbijały się mocno na naszym budżecie. Siały spustoszenie w oszczędnościach. Jednorazowe koszta liczyliśmy w setkach. To wszystko w czasie, gdy nielegalni imigranci dostawali dach nad głową, darmową edukację i dostęp do służby zdrowia. Nie uchodźcy, nie osoby, które potrzebowały nagłej pomocy, a po prostu nielegalni imigranci. Ci, którym w innym kraju nie chciało się zalegalizować swojego statusu, bo po co. Ba! Dostęp do służby zdrowia miałabym również, gdybym przyjechała jako żona tymczasowego pracownika. TYMCZASOWEGO. Jako żona – podkreślam – stałego, wieloletniego, legalnego pracownika, płacącego wszelkie należności, nie mam prawa do niczego. On też ma pod górkę. Mojego syna adoptować nie może. To znaczy może, ale to ponownie koszt kilkudziesięciu tysięcy i jeśli go adoptuje, to ja stracę prawa rodzicielskie. Piękne? Gdzie nasze „i żyli długo i szczęśliwie”?!

Czas porodu zbliżał się nieubłaganie. A my wciąż krążyliśmy, odbijając się od ścian. Nie zostało nic innego, jak wrócić na ten czas do Polski. Chorobę, którą miałam w pierwszej ciąży, tu ignorowano. Miałam myśleć pozytywnie, bo samo wspominanie symptomów groziło, jak mnie ostrzegano, wywołaniem choroby. Takie rady w XXI wieku. Mimo zakończenia pierwszej ciąży wcześniej poprzez cesarskie cięcie i moich skarg na ból blizny, zalecano na siłę poród naturalny, najlepiej w tygodniu, w godzinach dziennych. Wtedy koszt byłby najniższy i szansa, żeby lekarz był na miejscu. Cesarskie cięcie to koszt kilkudziesięciu tysięcy. Nie zapomnijmy dodać kosztów, gdyby pobyt w szpitalu się przedłużył.

Powrót do Polski

Żegnaliśmy się ze łzami w oczach. Wściekli na system, mimo że rozumieliśmy jego obwarowania. Przecież nie pojawiły się bez przyczyny. W zaawansowanej ciąży z trzylatkiem pod pachą przed mężem zgrywałam silną, podobnie jak on. Przecież rozstawaliśmy się tylko na… No właśnie, nie wiedzieliśmy na ile.

W Polsce okazało się, że choroba hula w najlepsze. Natychmiast wysłano mnie do szpitala. Poród możliwy w każdym momencie. On miał przyjechać dwa tygodnie przed porodem, nie ponad dwa miesiące. Skąd wziąć urlop? Podpięta do leków zostałam przetrzymana do bezpiecznego terminu dla dziecka, a tato zdążył dolecieć.

No teraz to już musi być z górki…

Z górki było na tyle, że mieliśmy pomoc moich rodziców. Olbrzymią pomoc. Nasza walka z papierologią trwała dalej. Nasza córka otrzymała obywatelstwo polskie, potrzebne było również to drugiego kraju. Niestety, tam istnieje prawo ziemi. Trudno nam było to pojąć. A co, gdy obywatelka tego kraju rodzi przedwcześnie podczas zagranicznych wakacji? Przechodzi ten sam proces, który my musieliśmy rozpocząć. Kosztowało nas to znowu setki monet, wydzwonionych minut i przejechanych kilometrów. Udało się rzutem na taśmę dostać tymczasowy paszport dla naszej córki, a sam proces, w ramach którego zostanie uznane, czy ma prawo do obywatelstwa zajmie kilka miesięcy…

Może Wam przeszło przez myśl, co to za dziki kraj? Na jakim nieodkrytym kontynencie próbujemy tworzyć rodzinę?

Mieszkamy w kraju, do którego wielu Polaków wzdycha z rozmarzonym uśmiechem na twarzy.
Mieszkamy w kraju, o którym wielu myśli, że każdy imigrant jest witany przez tubylców z szeroko otwartymi ramionami.
Mieszkamy w kraju, który wielu wydaje się o wiele lepiej rozwinięty niż Polska.
Mieszkamy w Quebec w Kanadzie.
I wierzymy, że kiedyś będzie z górki.

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.