DO POCZYTANIA

INTERNETOWA CENZURA PO CHIŃSKU

No dobrze. Tekst napisany. Teraz jeszcze tylko edycja, zdjęcia i mogę publikować. Blogowanie jest fajne. Wstawiłam już kursywę i pogrubienia we właściwych miejscach. Ups… blogger wyświetla „nie można zapisać”. Klikam pierwszy raz, drugi, trzeci. Nadal nie można. Sprawdzam, czy mi się nie rozłączył net. Nie, wszystko powinno być ok. Nie jest.

* Muszę, no MUSZĘ to wyguglać. Ups.

* Koleżanka podesłała link do świetnego koncertu na youtube. Ups.

* Pokłóciłam się z koleżanką o detale. Cóż, łatwo będzie udowodnić, że się myli, wystarczy otworzyć wikipedię… Ups.

* Dlaczego nie korzystasz z instagramu/twittera/… ? Ups…

* Dlaczego zawsze się wyłączasz na czacie, jak do Ciebie piszę? Ups…

* Dlaczego nie odpisała Pani na mejla?! Ups…

Ale, ale! VPN włączony?

Dla niewiedzących: VPN to ratunek przed zagładą. Takie cudo, dzięki któremu mogę włączyć google, bloggera, youtube i wszystkie tego typu strony w cenzurowanych Chinach. Istnieją wersje darmowe – ale niestety przy nich łatwo zwariować, bo są zbyt kapryśne. Na trzyminutową piosenkę z youtube trzeba czekać czasem i dwie godziny.

No to rozwiązanie płatne. Teoretycznie – niezawodne. W praktyce jest różnie. Może się na przykład okazać, że właśnie ten serwer, przez który się łączysz, nagle przestał dawać znaki życia. I wtedy jest na przykład tak, że już-właśnie prawie skończyłaś mejla, a on nie dość, że się nie wysłał, to jeszcze nie ma możliwości go zapisać. Czasem udaje się szybko przełączyć na drugi/trzeci/dziesiąty serwer. Czasem nie. A już nie daj buddo jak zaczniesz dodawać zdjęcia i wyjdziesz z pokoju, bo to długo trwa. Jak wrócisz, to się na sto procent okaże, że w międzyczasie coś się schrzaniło i będziesz musiała zacząć od nowa. W dodatku cenzura nie śpi. Te VPNy, które jeszcze rok temu były najlepsze, w tym roku może się uda Chińczykom przyblokować?

Miałam taki tydzień stresu, gdy w czasie Chińskiego Nowego Roku VPN po prostu przestał działać. Cudem udało mi się dokończyć zamówione tłumaczenie i je wysłać na czas. Parę dni później użytkownicy dostali mejla od pracowników treści mniej więcej takiej: przestańcie nas chwalić na chińskojęzycznych i dostępnych w Chinach stronach, bo się na nas jeszcze bardziej uwezmą i to Wy na tym stracicie. Czyli: nie reklamuj nas w Chinach, bo chińska cenzura będzie wiedziała, kogo wziąć na celownik. Reklama staje się nie tyle antyreklamą, co przyczyną destrukcji…

No dobrze. O ile mogłabym sobie żyć spokojnie bez głupich filmików na youtube czy Zżerającego-Czas-Fejsa, o ile mogłabym od biedy przenieść swój blog na stronę w Chinach nieblokowaną, o tyle praca tłumacza wymaga ode mnie czasem sprawdzenia słownictwa czy informacji w necie. Dodatkowo – mam gmaila, więc tak naprawdę to życie bez VPNu byłoby bardzo, bardzo utrudnione. Włączam więc VPN, czekam na powolne otwieranie się stron, sprawdzam informację no i – czasem muszę ją potwierdzić na chińskich stronach. I wtedy muszę VPN wyłączyć, ponieważ chińskie odpowiedniki naszych ulubionych wyszukiwarek czy stron informacyjnych przez VPN się nie otwierają. O ściągnięciu VPN na komórkę już dawno przestałam marzyć. Raz to zrobiłam, wszystkie aplikacje chodziły jak mucha w smole, a w końcu telefon się zawiesił na dobre. Dałam spokój. Jak już muszę robić coś w „naszym” internecie, to robię to zawsze przez komputer.

Na koniec anegdotka, która chyba najlepiej powie, jak irytująca jest ta moja wirtualna rzeczywistość. Otóż pewnego wieczora mój Pan i Władca przyszedł z bananem na twarzy i pyta, jak mi się pracuje na komputerze. Patrzę nań jak na wariata i mówię, że normalnie. Mina mu zrzedła, ale brnie dalej: no ale śmiga teraz, prawda? Cóż. Nie zauważyłam. Na wszelki wypadek otwieram nową stronę i patrzę, czy faktycznie jest szybciej. Nie jest. Chłop z podkulonym ogonem mówi, że dopłacił trochę i teraz powinniśmy mieć net pięć razy szybszy niż dotąd. Uśmiecham się doń ciepło i mówię, że cieszę się, że będzie wreszcie mógł bez przestojów oglądać na żywo mecze piłki nożnej, ale że mój VPN nie zyska nagle na prędkości, więc dla mnie ta „dobra zmiana” niestety mogłaby nie istnieć…

Natalia /Chiny /Mały Biały Tajfun

Share:
  • Dorota Wernik

    Dlatego wolę Tajwan 😉

    • Tajwan ma inne ograniczenia 🙂 Żadne miejsce na świecie nie jest niestety idealne 🙁