Imigrantem być

Imigrantem być

Ten wpis miał być o czymś innym. Miał dotyczyć podróży, radości poznawania nowych miejsc, pokonywania własnych słabości i odkrywania świata po kawałeczku. To też duża część mojego życia, ta, która dodaje mi siły i stanowi cel wszystkiego – odkrywanie, uczenie się, przezwyciężanie trudności. Ale dzisiaj, niestety ani słońce za oknem, ani muzyka w radio nie są w stanie oderwać mnie od rzeczywistości, która daje o sobie znać silniej niż kiedykolwiek. Od półtora roku mieszkam w USA, i choć już od prawie sześciu lat nie mieszkam w Polsce, to dopiero ten ostatni okres pokazał mi, co tak naprawdę znaczy być imigrantem.

Nigdy nie myślałam o sobie jako o migrantce. Przez jakiś czas byłam Polką mieszkającą za granicą, byłam studentką na wymianie, byłam obcokrajowcem, byłam ekspatem. Ale na pewno nie migrantem. Mieszkałam ponad 4 lata w Meksyku, poznałam w tym czasie mnóstwo ludzi z całego świata, którzy byli w podobnej sytuacji, co ja. Nikt nie był migrantem. Podobno migrantami są tylko przedstawiciele trzeciego świata, a my – biali, Europejczycy, jesteśmy ekspatami. I jest w tym dużo prawdy. To nie to samo być Polką w Meksyku, co być Gwatemalką, Honduryjką czy Peruwianką. Nawet jeśli mamy to samo wykształcenie, doświadczenie, status w naszych krajach, w Meksyku wejdziemy w inne struktury i zajmiemy inne miejsca w silnie podzielonej i mocno stojącej strukturze rasowej kraju. Wiedziałam o tym, ba, nawet pisałam o tym pracę magisterską! Wydawało mi się, że znając historię, statystyki, fakty, wiem doskonale skąd się to wzięło, dlaczego i jak bardzo jest to niesprawiedliwe. I właściwie tyle, nigdy nie żyłam życiem migranta, nigdy nie odczułam dyskryminacji na własnej skórze. Oczywiście musiałam przechodzić przez całą procedurę wizową, pozwolenie o pracę, papiery, dokumenty i niejeden raz wylewałam łzy niemocy w urzędzie migracyjnym. Na tym poziomie, każdy odczuł, co znaczy mieszkać w obcym kraju. Jak bardzo jesteś sam na sam z całym systemem, którego nie rozumiesz, którego musisz się uczyć od zera i na który nie masz wpływu. Ale mimo wszystko… jeździłam co roku do Polski, robiłam, co chciałam, pracowałam, podróżowałam, miałam przyjaciół, cele i pasje, jednym słowem, wiodłam naprawdę dobre i fajne życie.

Potem, jak to zawsze bywa, gdy się mieszka w jednym miejscu wystarczająco długo, przyszedł czas na zmiany. A jak zmiany, to po całości i z całym impetem – przeprowadzka do USA (gdzie mój partner chciał dalej rozwijać karierę naukową i zawodową).

Myślałam, że jestem już weteranką w kwestii zmiany kraju i zaczynania od nowa, myślałam, że byłam już przygotowana, i choć oczywiście się bałam, to chęć doświadczenia czegoś „nowego” i nieznanego była silniejsza niż strach. Rok spędzony w Teksasie i pół roku w Chicago dały mi w kość, ale ze strony, z której najmniej ciosów się spodziewałam…

Stany otworzyły mi oczy na to, w jak horrendalnie podzielonym świecie żyjemy i jak bardzo nasze życia różnią się od siebie. W kraju, który miał być esencją kulturowej mieszanki („melting pot”), gdzie różne narody, wyznania i kultury współgrają i tworzą „nową-lepszą” całość; dawno zakopane konflikty wewnętrzne, ciągle rosnące dysproporcje ekonomiczne i coraz silniejsza radykalizacja, wychodzi na światło dzienne szybciej, niż ktokolwiek by się tego spodziewał.

Dziś mogę powiedzieć zupełnie szczerze, że przed przyjazdem do USA,nie miałam zielonego pojęcia o tym kraju. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo Stany przez cały XX ingerowały w politykę i gospodarkę Karaibów i Ameryki Centralnej. Nie wiedziałam, że Portorykańczycy, mimo że mają amerykańskie obywatelstwo, nie mogą głosować. Nie wiedziałam, że na początku XX wieku, czarne obywatelki Stanów (w tym duża część Portorykanek oraz Meksykanek) była poddawana przymusowym aborcjom i sterylizacji pod ideologią eugeniki. Choć wiedziałam, że podziały rasowe były bardzo silne, myślałam, że po latach 60. i ruchu na rzecz praw obywatelskich („Civil Rights Movement”) ta karta przeszła już do historii. Okazuje się, że nie do końca. Nie wiedziałam, że na każdym kroku będę musiała zaznaczać swoją rasę, nie tylko przy dokumentach wizowych, ale przy aplikacji na studia, do pracy, do lekarza, w najróżniejszych ankietach i w momentach, kiedy nie miało to dla mnie najmniejszego sensu. Myślałam, że wszyscy przesadzają, a „rasa” nie ma przecież znaczenia… Miała nie mieć już znaczenia, prawda?

Nie wiedziałam, że masowa migracja z Meksyku do Stanów była w dużej mierze zapoczątkowana programami rządowymi („Braceros”), które miały na celu sprowadzenie taniej siły roboczej, głównie do pracy w rolnictwie w południowych stanach (Kalifornia, Teksas). Obiecano im wizy i obywatelstwo, jednak po skończonej pracy masowo deportowano z powrotem do Meksyku. Nie wiedziałam, że cały system jest zaprojektowany tak, że nieudokumentowani imigranci normalnie pracują, ba, nawet płacą podatki i żyją zupełnie normalnym życiem, wysyłają dzieci do szkół, kupują domy i nie różnią się niczym od reszty społeczeństwa… jedynie tym, że w każdej chwili mogą stracić wszystko. Są zawody i całe struktury gdzie specjalnie zatrudnia się nieudokumentowanych imigrantów, aby nie musieć płacić minimalnych stawek, ubezpieczeń, lekarzy, itd. I wszyscy o tym wiedzą, jest cała masa badań, dokumentów, statystyk. Stany nie istniałyby bez imigrantów, zarówno tych, którzy są tu legalnie jak i nielegalnie.

Zaczęłam studia MA na wydziale Latin American and Latino Studies na University of Illinois at Chicago. Uczę się i jednocześnie pracuję jako Teaching Assistant, co oznacza, że też uczę. Dwoje z moich znajomych nie ma dokumentów. Oboje przyjechali do Stanów jako dzieci. Koleżanka opowiadała mi, że pamięta podróż, nocą przez granicę, przez pustynię, miała 6 lat. Dziś studiuje, pracuje i choć jest w Stanach nielegalnie, spędziła tu całe swoje życie. W 2012 roku Barack Obama wydał dyrektywę prezydencką – DACA (Deferred Action for Childhood Arrivals) dzięki której nieudokumentowani migranci, którzy przyjechali do Stanów jako dzieci (czyli nie mając wpływu na tę decyzję), mogą ubiegać się o SSN (Social Security Number) i dokumenty pozwalające im podjąć studia i legalną pracę. Dzięki tej dyrektywie miliony migrantów (w tym Polacy) mogą dziś wieść zbliżone do „normalnego” życie.

Od ogłoszenia wyników wyborów na moim wydziale panuje strach i niemoc. Mam dużo studentów, którzy nie są udokumentowani, którzy zgłosili się do programu, aby móc się dalej rozwijać i legalnie pracować. Dziś boją się deportacji. Inni urodzili się już w Stanach, ale mają rodziny, znajomych, kuzynów, wujków, którzy są tu nielegalnie, też boją się o ich los. Wielu z nich nie mówi nawet po hiszpańsku, całe życie spędzili tutaj, kulturowo są Amerykanami, ale nie są obywatelami. Życie w ciągłym strachu odbija się mocno na psychice. Próbuję sobie wyobrazić, jak to jest nie czuć się nigdy do końca bezpiecznie? Nie wiedzieć, co przyniesie jutro? Nie mieć własnego kraju, który się za mną wstawi, jeśli będę potrzebować pomocy? To rzeczywistość milionów ludzi na całym świecie, milionów migrantów, milionów, którzy żyją też w tym najbogatszym i najbardziej demokratycznym raju zwanym U.S.A…

Donald Trump zakazał wjazdu i wydawania wiz mieszkańcom 7 muzułmańskich krajów. Od soboty niektóre osoby, które poznałam w ciągu tego półtora roku nie mogą odnowić swoich wiz, albo nie mogą wrócić do kraju. Ludzie, którzy mają podwójne obywatelstwo nie mogą wrócić do swoich rodzin, pracy, życia. Czym ci ludzie różnią się ode mnie? Ich paszport ma inny kolor i inna nazwę. Tylko tyle. Naprawdę, to nic innego. Jesteśmy tu razem i próbujemy po prostu normalnie żyć. Pracujemy, uczymy się, płacimy podatki, wieczorami idziemy na piwo albo zalegamy na kanapie i oglądamy seriale. Ich los jest też moim losem i dopiero teraz zaczynam widzieć i rozumieć pozycję tych, na których przez tyle lat patrzyłam zza szyby i wygodnej pozycji obywatela. I nie chodzi tu o specjalne traktowanie, nie chodzi o jakieś dyspensy czy przyznawanie medali za wytrwałość, nie chodzi nawet o łaskę i użalanie się nad ich losem, nie, nie, nie! Chodzi tylko o to, żeby spojrzeć z innej perspektywy, żeby tak choć na chwilę się zastanowić i przemyśleć. Może nawet wyrazić słowa i gesty solidarności przy jakiejś okazji. Nic więcej, tylko czasem postarać się zrozumieć przed wylaniem słów krytyki.

Dziś to oni, a jutro to mogę być ja, bez żadnego konkretnego powodu, tak po prostu… bo jestem imigrantem i zawsze już nim będę.

O AUTORCE
Agnieszka (Isia) Wieczorek

Agnieszka (Isia) Wieczorek

Redaktor

Socjolożka, latynoamerykanistka.
Od 2011 roku na emigracji.
Serce ma rozbite między Polskę i Meksyk, w którym spędziła wspaniałe 5 lat życia.
Obecnie mieszka w Chicago, gdzie uczy oraz prowadzi badania
nad integracją i tożsamością kulturową migrantów.
Tęskni za chaosem, spontanicznością i magią codzienności.

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.