Nie sądziłam nigdy, że będę zdolna do takiej miłości. Uważałam nawet przez wiele lat, że jest przereklamowana. Widziałam na własne oczy ludzi, którzy sobie bez niej jako tako radzą i miałam nadzieję, że ja też prześlizgnę się przez życie oszczędzając sobie tego zamieszania.

Dobrnęłam w tym przeświadczeniu do trzydziestki. Miałam męża, dziecko, dom i pracę w obcym kraju. Git! Wszystko pod kontrolą. Teraz już tylko….

No właśnie. Co?

Instynktownie zaczęłam czekać na przełom. Zbliżając się do wieku Chrystusowego spodziewałam się niemal objawienia. Że odkryję jakąś tajemnicę, do której najwyraźniej do tej pory nie miałam dostępu.. Jak w “Autostopem przez galaktykę” dostanę wreszcie odpowiedź: The Answer to the Ultimate Question of Life, the Universe, and Everything, na wszystko.

Moja odpowiedź przyszła, niespodziewanie i – oczywiście – w zaskakującej formie.

Znalazłam ją zwiniętą w kłębek, nieszczęśliwą, zagubioną, nadal – po dziesięciu latach od przeprowadzki do Szwecji. Nie wiedziałam jak jej pomóc a ona o pomoc poprosić nie umiała. Za to umiała się poświęcać. Wiedziała, jak się żyje dla innych, jak się znajduje sens swojego istnienia w byciu potrzebnym; najchętniej niezastąpionym. Miała rodzinę. Skomplikowana sytuacja. Od dłuższego czasu czuła, że daje więcej, niż ma do dania. W miejscu gdzie inni pielęgnują uczucia troski i czułości dla najbliższych ona miała wypaloną czarną dziurę. Patrzyłam z przerażeniem jak biczuje siebie za to, że wyczerpały się w niej pokłady bezinteresowności. Przecież najpiękniej jest być w życiu tym dobrym samarytaninem, który z uśmiechem na twarzy odda wszystko, co ma innym zapomniawszy o sobie.

Oswajałyśmy się ze sobą długie miesiące. Wreszcie odważyłam się przysiąść na brzegu jej łóżka. Obserwowałam jej walkę z samą sobą. Ocierałam delikatnie łzy z rozpalonych policzków, gładziłam rozdygotane od płaczu ramiona. Zauważyłam, że uspokaja się gdy miarowo oddycham tuż nad jej uchem. Nauczyłam się cierpliwie czekać, licząc czasem do trzydziestu, a czasem nawet do stu oddechów. Gdy wreszcie jej oddech zlewał się z moim a kurczowy uścisk dłoni słabł, wiedziałam, że zasnęła, że ofiarowałam jej chwilę wytchnienia.

Słyszałam jak jej mówiono: jeśli ty się o siebie nie zatroszczysz nikt inny tego nie zrobi. I: tylko ty wiesz co ci jest tak naprawdę najbardziej potrzebne.

Nie wiedziała. Odczytywałam to z łatwością w jej zagubionym spojrzeniu.

Rozmawiałyśmy godzinami. Zaniepokojona mówiła półgłosem: jak to będzie? może On (przez duże O) pomyśli, że rodzina nie jest moim najwyższym priorytetem, może posądzi mnie o egoizm. Powie, że się zmieniłam, że nie tak się umawialiśmy W myślach odpowiadałam jej wtedy: zawsze będziesz miała mnie. Początkowo bałam się mówić o tym głośno. Nie sądziłam, że dałoby to jej jakiekolwiek pocieszenie.

Czasem przychodziłam pomóc jej w kąpieli. Zapalałam świece, grzałam wodę i rozwieszałam ręczniki na kaloryferach, by ją po kąpieli otulić ciepłem, na jakie zasługiwała. Potem zostawiałam ją zawstydzoną w małej łazience z zaparowanym lustrem i czekałam aż będzie gotowa. Pewnego razu poprosiła, abym przy niej została. Patrzyłam, jak klęcząc w wannie maltretuje swoją skórę szorstką gąbką, jak szarpie bezlitośnie splątane włosy, jak drapie skórę głowy. Jak walczy ze swoim ciałem, jak je karze za niesubordynacje i za pomarańczową skórkę na udach. Wyjęłam z jej rąk narzędzia zbrodni i namydlonymi dłońmi łagodnie masowałam zaczerwienioną skórę. Potem delikatnie nałożyłam balsam na jej włosy. Mówiłam jej, jaka jest piękna, na co ona odwracała głowę udając, że nie słyszy. Ułożyłam u wezgłowia wanny miękki ręcznik, na którym leżąc oparła głowę. Czytałam dla niej cicho. Ostatnie wiersze Szymborskiej. Słuchała z zamkniętymi oczyma i uśmiechała się przy co piękniejszych słowach.

Miesiącami powtarzałyśmy później ten rytuał. Uczyłam ją delikatności w stosunku do siebie. Na koniec razem, powoli wcierałyśmy krem w jej aksamitną, rozgrzaną skórę. Raz po raz brałam jej ręce w swoje i pokazywałam ile miłości, ile czułości może przekazać delikatny dotyk.

Kilka razy zaprosiła mnie na rodzinną kolację. Nakrywała dla mnie tuż obok swojego talerza, ale sama biegała, krzątała się, usługiwała innym. Mówiliśmy razem o tym, jak ważne są wspólne posiłki, jak budują więź w rodzinie. Kiedy wreszcie przysiadała na swoim krześle gotowa ponownie wystrzelić w powietrze za brakującą łyżką czy solniczką ściskałam jej dłoń pod ceratowym obrusem. Kilka razy odważyłam się na cichy komentarz, że ta chwila jest również dla niej. Albo, że dzieci i mąż też mają zdrowe nogi. Kiedy udało jej się zmieszanej wyrwać swoją dłoń z mojej, ściskałam dotkliwie jej udo albo ciągnęłam za kant spódnicy. Widziałam, że się wstydzi za swoich. Że chciałaby, by i ją czasem ktoś rozpieścił. Chcesz być traktowana jak królowa? To przestań się zachowywać jak służąca – powiedziałam jej raz na odchodnym. Zabolało. Widziałam. I poruszyło lawinę.

Z biegiem czasu stawała się silniejsza. Przestała płakać po kątach. Przestała nerwowo szukać potwierdzenia w moim wzroku, gdy zdarzyło jej się dla odmiany wybrać siebie.

Zaczęła mówić głośniej, artykułować wyraźniej swoje potrzeby. On (nadal przez duże O!) o dziwo nie uznał jej ani za egoistkę ani za zdrajczynię. Podobała mu się nawet bardziej teraz, kiedy była odważniejsza, kiedy potrafiła czasem powiedzieć nie.

A ja? Trzymałam się nadal w pobliżu. Cichutko, ale wytrwale stałam za jej plecami. Bardzo, bardzo blisko. Miałam nadzieję, że nigdy nie pozwoli mi odejść po tym, co razem przeszłyśmy. Pokochałam ją tą zupełnie niebywałą miłością, która niczego nie oczekuje w zamian.

Na kilka dni przed moimi trzydziestymi czwartymi urodzinami stałyśmy razem w tej małej, zaparowanej łazience, w której spędziłyśmy godziny, ucząc się okazywania czułości. Ona ze szczotką do włosów w dłoni przetarła niedbale mlecznobiałe lustro. Zobaczyła w nim… moją twarz.

Była mniej zdziwiona, niż się spodziewałam: To znaczy, że ty, to ja. – stwierdziła bardziej niż zapytała…

***

Podobno nie da się pokochać drugiego człowieka bardziej niż kocha się samego siebie. To dla większości naszych obecnych związków romantycznych jest całkiem zła wiadomość. Bo u wielu z nas miłość, czułość i wyrozumiałość w stosunku do siebie mocno kuleją. Wewnętrzny krytyk dla odmiany zawsze siedzi w pierwszym rzędzie. To nie tylko osłabia nasze własne poczucie bezpieczeństwa w związku, ale popycha do krytykowania, małostkowości. Sabotuje nasze życie romantyczne i nie tylko.

Zauważyłam, że kiedy nie ma się w zwyczaju być dla siebie dobrym, odrobina fizycznej czułości względem siebie bardzo pomaga odblokować to najnaturalniejsze, najpotrzebniejsze źródło miłości, z którego czerpie się potem kochając innych.

Rzuć proszę okiem na moją historię jeszcze raz i pomyśl, że to być może i Twoja historia. Poszukaj w niej inspiracji dla troski o samego siebie.

Już wkrótce Gwiazdka.

Życzę Ci więcej własnego czasu i niekończącego się romansu ze sobą.

Kasia z ZebraZone

P.S. Ciekawostka dla fanów książki Autostopem przez galaktykę”. Gdy tekst był gotowy licznik słów pokazał liczbę 1042! Rozpłakałam się. /K

Share:
  • Agnieszka

    Kasiu. Piękna historia o zdrowej miłości do samej siebie. Bo Ty jesteś piękna.

    • Kasia

      Pięknie dziękuję. Myślę, że każdy z nas jest piękny 🙂
      Buźka :-*

  • Obyś już nigdy, nigdy o tym nie zapomniała!

    • Kasia

      Dzięki. Pracuję nad tym 🙂