Antyrama, a w niej nasza miłość

Mamy 31 marca 2005 roku. Wracam wygłodniała do domu. Zajęcia kończę dziś późno i na dodatek to nie są moje ulubione ćwiczenia. Wreszcie jestem. Drepczę po schodach z charakterystycznym impetem, jak to mówi moja mama słonicy, a następnie pukam w bordowe drzwi. Witają mnie przygaszone miny i głośno puszczone TV. Co im się stało? Myślę i zabieram się do odgrzewania obiadu. Papież umiera! Powiedziane tak po prostu, rzucone prosto w ucho. Co? To niemożliwe! Papież jest, był i będzie. Jak dziadek, jak ktoś bardzo bliski. Z resztą Jan Paweł jest tej samej konstrukcji co dziadek Rajmund, ta sama łysina, te siwe włosy, spojrzenie. Są podobni, a może to tylko moja idee fixe? Rzucam się na zapiekankę z serem, oglądam ten program, ten sam, który tak nostalgicznie głosi złą nowinę. Decyzja już zapadła, herbata dudni w przełyku. Wkładam cienką kurteczkę i wybiegam do bazyliki. Pomodlę się w ciszy i spokoju, myślę po drodze.

Kiedy kolejne skrzypiące drzwi uchylają się przede mną jestem trochę zdziwiona. W kościele tłum. Tłum odmawia różaniec w blasku świec. Od razu do niego dołączam i wpadam w trans. Dobrze! Nie w trans, ale w pół trans. Moja modlitwa jest gorliwa i szczera, ale oczy jak zawsze wymykają się spod kontroli i lustrują przybyłych. Może ktoś się fajnie ubrał? Może są tu jakieś osobliwe starsze panie albo pan w kapeluszu? Zdrowaś Maryjo, łaski pełna… i on. W granatowej wiatrówce. Twarz wyrzeźbiona z jakiejś męskiej bryły, zaznaczony każdy mięsień, żuchwa, podbródek. I zielone oczy. Ludzie złoci! Anioł. Serce wyskakuje z rytmu jak z katapulty, a głowa wciąż się tam odwraca. On też na mnie zerka, jestem pewna. A może mi się tylko wydaje? Modlę się dalej, wzdycham. Tu papież, tam nieznajomy. Myśli figlarnie odbijają się od pieśni religijnych. Ale co to? To już czas do domu? Jestem święcie przekonana, że on zaraz do mnie podejdzie i złapie mnie za rękę, a potem razem powędrujemy do wieczności przez ołtarze albo przynajmniej na kawę w przyszłym tygodniu. Nic takiego się nie dzieje. On znika, a ja taka dziwnie roztrzęsiona wracam do domu. Mam wrażenie, że od tego momentu serce bije w innym rytmie, różanym. Mam racje. Kolejny wieczór, a może nawet cały dzień jest kopią poprzedniego. Znowu klęczę w kościele i znowu smutek miesza się z zapowiedzią nadchodzącej wiosny. „Szukałem was a teraz wy przyszliście do mnie” Słowa papieża i nasze odwracające się głowy. Niestety i tego wieczoru nieznajomy znika jak topielec zostawiając po sobie jedynie mokry ślad na mojej chusteczce higienicznej.

Mamy 2 kwietnia 2005, papież umiera naprawdę. Nie każdy, ale prawie każdy w Polsce traci kogoś lub coś bliskiego. A może tylko przekonanie o tym, że będziemy sobie tutaj zawsze razem rwać czerwone maki. Tymczasem Ciebie zabrakło, maków zabrakło, nie ma nawet łąki, ale rzeka płynie, wciąż płynie… Żegnam papieża w katedrze i we łzach. Jestem emocjonalna, zdecydowanie za bardzo, ale to właśnie te emocje każą mi wierzyć, że mój anioł kiedyś jeszcze przyleci.

Mijają dwa miesiące, rozum zapomniał, serce wciąż tyka w tamtej religijnej muzyce. Wsiadam do autobusu, to ten sam codzienny i zakurzony. Stoję na harmonijce, czytam ostatnie rozdziały do ostatniego zaliczenia. Autobus hamuje zuchwale, drzwi jak to drzwi otwierają się na oścież. Wchodzi. On. Oblubieniec. Wprawdzie bez skrzydeł, ale ten sam, żywy. Nie jestem wstanie oderwać się od książki, jakby tam był jakiś odważnik, cała się wstydzę, cała się trzęsę jak mały listek przy silnym podmuchu namiętnego wiatru. Ale w końcu opadam, to znaczy wytaczam się z busa, a on za mną. Może się do mnie uśmiechnie, może zagada. Boże drogi! On to robi! Odzywa się! Zaczepia! Mówi, że zauważył mnie w kościele, że moja książka wskazuje na to, że chyba studiujemy ten sam kierunek, tyle że on już dawno powinien skończyć. Jest starszy, jest przystojny, jest boski! Idziemy na spacer. Idziemy wśród zielonych soczystych drzew, idziemy razem przez życie. Wtuleni i zszyci na miarę. Prasujemy razem dziecięce ubranka mimo, że ja nie chcę mieć dzieci. Jesteśmy romantyczni, rozmarzeni, wracamy myślami do tych dni w bazylice, do papieża. Kocham Cię po dwóch tygodniach i co dwie minuty, SMS-y jak ziarnka piasku prószą się w naszych kieszeniach. Jedziemy do Warszawy, w góry, nasze rodziny się poznają, my też! Wszystko dzieje się tak szybko i tak podniośle. Uczęszczamy na każdą mszę niedzielną, jesteśmy odświętni i wyprostowani. Jak pięknie się to wszystko zaczęło. Jak może się to skończyć? Tylko tam, w kościele, przed ołtarzem. On w granatowym garniturze, ja w srebrnej sukni w koronkowe lilie.

Ale, o ironio losu, kończy się zupełnie gdzie indziej. Kończy się po kilku miesiącach tej romantycznej papki, w którą ja wierzę jak w złotego cielca. Mój anioł to anioł zazdrości, a i ja nie potrafię się aż tak podporządkować, żeby nie jeść kebaba. Bo w kebabie siedzi Turek, a ja jak kupuję zestaw z kurczakiem to w żadnym wypadku nie dlatego, że jestem głodna. Nie! Kupuję, żeby ów Turka poderwać, zjeść razem z kebabem i na końcu wypluć, a wszystko to w wyobraźni mojego anioła. Tak, moi mili, bajka się kończy. Z moją tragiczną miną, chudością i pogotowiem dziadków w domu. Judyś zjedź coś, nie możesz się tak zamartwiać. Ale ja chce się zamartwić na śmierć, tylko, że jakoś mi nie wychodzi. Bycie niedojrzałym jabłkiem jest zdecydowanie za trudne. W bólach zrywamy z aniołem i ja po kilku tygodniach odlatuję w skórzanej kurtce do nowych znajomych (starych też mam zawsze pod ręką, w kolorowej torebce). Teraz bawię się jak w różowych latach siedemdziesiątych. Nie, nie chodzi o to, że niegrzecznie (a może niegrzecznie, kto to może wiedzieć). Po prostu jestem wolna i młoda. Jeżdżę na wycieczki i koncerty (ok, na jeden koncert Lady Pank). Słucham drum & bass-ów i staram się go wyrwać z głowy, jak zwykły chwast, ciągnę za te jego zazdrosne skrzydła.

 

Któregoś dnia, a dokładniej 4 listopada 2006 roku, idę do klubu. Kiedyś był tutaj teatr. Mam na sobie dżinsy i białą bluzkę. Taki strój ugrzeczniony, ale każdy wie, że chce się podobać, że jestem ukrytą opcją seksowną. W pubie same metalowa chłopaki w za ciężkich włosach i butach. Z całym szacunkiem dla nich, nie mam na kim zawiesić oka. A jednak, a jednak jest jeden pan, nie anioł, ale przystojny i taki wysoki. Uśmiecham się do niego zalotnie, a on odpowiada tym samym. W dziesięć minut później spotkamy się, zupełnie przypadkiem przy barze. Akurat! Chyba oboje tego chcieliśmy. On: Czy my się znamy? Ja: Nie, ale chętnie Cię poznam. Jest odważnie i nie ma świętości. Jesteśmy tacy przyziemni. Pijemy piwo i, mój Boże, wódkę też. Śmiejemy się i wywracamy rower za naszą lożą. Wieczór nam mija przyjaźnie i nieromantycznie. Idealnie. O trzeciej w nocy (zmyślam). Nie wiem, która to była godzina, ale niech będzie, że trzecia, ta antykościelna, on odprowadza mnie do domu. Trzymamy się za ręce. Wiem, że idę przez miasto z moim przyszłym mężem, jestem o tym twardo przeświadczona. To nie jest bajroniczna myśl, to raczej pewność szkiełka i oka. Zapraszam go na kawę. Mój pokój ma dwoje drzwi, jedne od korytarza. W moim słodkim jak ciasteczko przyczółku dyskutujemy do białego rana o sytuacji geopolitycznej na świecie (Nie prawda, o czym innym, ale w życiu się nie przyznam). Niech będzie, że o polityce, przy braku świec, a przy tlącej się żarówce. Takich wieczorków urządzimy sobie potem jeszcze z tysiąc jeden i tak aż do dziś przez ołtarz (ja w białej lśniącej sukni, on czarnym garniturze). Skończymy razem w państwie, a może państwach odległych i dalekich. Czasem wpadniemy do Polski, czasem na dłużej. Jak zobaczysz parę, która dyskutuje o prawicy, lewicy, religii, ekonomi i nowo otwartej stronie internetowej to my. Nie jesteśmy ckliwi, nie jesteśmy melodramatyczni, jesteśmy sobą.

A jaki morał się wylewa z naszej historii miłosnej, ale nie sercowej i przeciążonej zbędnymi słowami? Miłość siedzi w odpowiednim człowieku, a nie pod odpowiednim szyldem z napisem Kocham Cię i może jeszcze pod bezczelnym serduszkiem ( serduszko to może być kur… mać co najwyżej piernikowe, raz do roku i chrupiące) Romantyczny to nie znaczy trwały. To samo jest z miłością do ojczyzny. Też jest w Tobie, nie w sztandarze i w okrzykach. Amen.

Judyta Dębska

Share:
  • Agnieszka

    Pięknie piszesz. Tak poetycko.

  • Piekna historia. Ciekawe to, że ja w swojej miłosnej też mam motyw śmierci papieża. Wcześniej parę razy wpadaliśmy na siebie, mijaliśmy się zawsze na tym samym moście. Ja na uczelnię, on do pracy. W tych dniach gdy znów się na nim przypadkowo spotkaliśmy pierwsze co mi zrobił to… złożył mi kondolencje, jako Polce. Całkiem z serca i bardzo ładne jak na kogoś kto nie jest kaltolikiem. Miesiąc później już byliśmy razem 😉

  • Dorota Wernik

    Dobrze, że szybko zauważyłaś, że z tym “aniołem” coś nie tak.
    Mieć z kim pogadać o wszystkim i o niczym, to takie ważne, dzięki temu nigdy się sobą nie znudzicie :-). Życzę Wam długich lat razem!