Agraduskowe spotkanie.

Odkąd pamiętam, już jako dziecko, a na pewno jako nastoletnia panienka, byłam trochę outsiderem.

Z jednej strony mam taki charakter, że nawet pasowało mi to, że nie byłam w centrum zainteresowania otoczenia. Z drugiej jednak, moja lekka „fobia socjalna” nie wystarczyła, bym uważała, że jest to takie całkiem fajne i dla mnie najlepsze, by być samej sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jako dorosła osoba bardziej doceniam chwile samotności, lubię być sama ze sobą, chyba też zdecydowanie bardziej lubię samą siebie. Ale mam też nieodpartą potrzebę spotykania sie z ludźmi, odżywam przy spotkaniach, grillach, rozmowach ze znajomymi, od czasu do czasu lubię doładować akumulatorki w taki sposób.

Nie miałam ani w podstawówce ani w liceum zaprzyjaźnionej paczki, jakiejś zorganizowanej grupy ludzi, z którymi spędzałabym wolny czas. Raczej jakiś pojedynczych przyjaciół/przyjaciółki i kolegów/koleżanki. Przynajmniej część z nich trzymała ze mną głównie by móc spisywać zadania domowe, które jako pilna i wzorowa uczennica prawie zawsze miałam zrobione… Ale w sumie jak się nie ma co sie lubi…

Było jak było. Dużo trudniej było mi się pogodzić z całkowitym zaprzeczeniem mojego istnienia wśród przedstawicieli płci przeciwnej. Bo tego żadna kobieta, młodsza czy starsza, ładniejsza czy brzydsza, bardziej czy mniej pewna siebie, na dłuższą metę nie zniesie… Pierwsze małe zakochanie miałam za sobą juz w przedszkolu… potem w podstawowce miałam swojego „romantycznego” amanta, choć nie do końca wiem, co ja w tym chłopcu widzialam i co on widział we mnie. Był chyba bardziej nieśmiały ode mnie… no ale i tak wiele z tego nie wyszło. Dał mi kwiatek na Dzień Kobiet, trochę się za mna szwendał i tyle… W sumie z perspektywy czasu oceniam, że on bardziej za mną niż ja za nim chodził, może więc ten jeden dowód męskiej atencji mam w swojej historii.

Potem przyszly 4 lata liceum, niełatwy okres dojrzewania. Pojawiły sie zmiany w figurze, nie zawsze pozytywne… włosy sie przetłuszczały, pryszcze wyskakiwaly, kilogramów tu i owdzie było za wiele… W tym okresie hormony robią swoje, przechodzi sie łatwo od miłości do nienawiści…

Serducho szybciej mi zabiło do jednego kolegi, ale on dość zdecydowanie odciął wszelkie spekulacje nt. możliwości zainteresowania moją osoba w tym kontekście… Na szczęście udało nam się zostać dobrymi kumplami, choć na początku odmowa mocno mnie zabolała i bynajmniej nie wzmocniła samooceny. Półmetek – przytulaski dość niewinne z kolegą z klasy równoległej, który chyba musiał zaniewidzieć, skoro nagle na mnie zwrócił uwagę, a potem nawet zaprosił na listopadowe ognisko ze znajomymi i to z nim sie pierwszy raz całowałam. Więcej jednak z tego nie wynikło… może kiepsko całowałam? Nie był zainteresowany kontynuowaniem znajomości. Ale co przeżyłam to moje. A „Piosenka księżycowa” jest dla mnie hymnen tych chwil.

Wreszcie gdzies między klasą trzecią a maturalną zabujalam sie na maksa w koledze z klasy o rok młodszej. Z perspektywy czasu i rozsądku trzeba sie cieszyć, że nic a nic z tego nie wyszło, bo jestesmy charakterologicznie tak podobni do siebie, uparci, złośliwi, pamiętliwi, że nie mielibyśmy szans raczej na w miarę składny związek… No ale trochę potrzymaliśmy się za rączki, poopowiadaliśmy o uczuciach tekstami piosenek Heya, Beatlesów. Żadnych większych uczuć z tego nie było, choc zaczęłam sobie już planować, że może ja, niechciana, brzydka, za gruba itp. będę przynajmniej mogła go poprosić o przysługę i pójście ze mną na studniówkę. Bo pojawić się samej to wstyd i obciach, a nie iść w sumie szkoda, ostatnia zabawa przez początkiem dorosłego życia…

Niestety, jak tylko o tym napomknęłam, on od razu powiedział, że nie ma jak, że go rodzice nie puszczą… Nie żebym w to do końca uwierzyła. Gdzieś na tym etapie trochę się już oddaliliśmy od siebie (potem na nowo złapaliśmy kontakt po paru latach i sporadycznie wciąż go miewamy), ale ponieważ był moim jedynym ratunkiem, popadłam w czarną rozpacz i mój obraz samej siebie stał się nacechowany mocno negatywistycznie – WSZYSCY naokoło (jak sie mi wtedy wydawało) zakochiwali się, umawiali, spotykali, A JA????? Kto mnie zechce… Czy już zaaaawsze bęęęęędę saaaaaaaamaaaaaa… BUUUU…

Choć brak mi było paczki znajomych, miałam wtedy w klasie całkiem dobrą kumpelę, I. – ładna, szczupła, odważna, przebojowa, która mnie pocieszała, mówiła, że mam się nie martwić, że studniówka raz w życiu i NIE MA MOWY, żebym nie poszła, ale jak nikogo sama nie znajdę i nie zaproszę – to ona mi „kogoś załatwi”. Była lubiana i rozchwytywana, więc szansa była spora, że mnie nie zawiedzie. Moja mama namawiała, zaproś jakiegoś kolegę, jak nie pójdziesz, będziesz żałować… Ale ja nie miałam żadnych bliższych kolegów, którzy byliby gotowi „poświecić” się dla mnie aż tak… Żadnych opcji do wyboru. W klasie to raczej koledzy traktowali mnie jak element poboczny, zło konieczne (choć teraz z kilkoma mam fajny kontakt i jako dorośli ludzie całkiem mamy sporo wspólnych tematów i poglądów… ot dorosłość…) – a sama iść absolutnie nie chciałam…

I. pewnie potem żałowała tej obietnicy, haha… Bo skończyło się na tym, że jedyne na co się odważyłam to przypomnieć jej o tym i poprosić o pomoc… Szkoła nie była jak wspomniałam możliwym źródłem znajomych, brata mam 6 lat młodszego, kuzynów też młodszych, przynajmniej tych mieszkających w pobliżu, więc na ich kumpli liczyć nie mogłam. Ale że, walcząc o piękniejsze ciało od kilku miesięcy za namową sąsiadki chodziłyśmy sobie razem z I. na przyzakładową siłownię, padł pomysł – a może jakiś chłopak stamtąd? Paru się tam fajnych, młodych kręciło, na szczęście nie była to pakerownia/ sterydownia, ale miejsce, gdzie przychodziło i sporo emerytów i młodzieży takiej zwykłej, nie za pięknej i nie za bogatej, więc atmosferka była fajna, swobodna, bez napinki.

Facetów nadających się na taki „podryw” było kilku, ale jeden nam wpadł w oko, chyba ze względu na dłuuuugie włosy, na siłowni związane w kitkę, ale po umyciu rozpuszczane i pięknie okalające mu twarz. Noooo i dobra, przyznam się, jestem blacharą, haha… poleciałam na jego starego Poloneza 😉 A że należę do rodziny, gdzie auta nie było nigdy, to w sumie kto wie, może mi ten pojazd rzeczywiście podświadomie zaimponował.

Nawet nam się zdarzyło z I. parę razy w ciągu jesieni „przypadkiem” podejrzeć na kiedy jest wpisany na siłownię i przyjść w tym samym czasie… Decyzja zapadła, plan został obmyślony, miałam wyjść z siłowni wcześniej i na kumpelę poczekać na przystanku autobusowym, a ona miała do kolegi zagadać i potem przyjść mi zrelacjonowac jak poszło. Młodzieży młodszej pragnę przypomnieć, że to było prawie 20 lat temu i telefony komorkowe już istniały, ale jeszcze parę lat minęło zanim jeden znalazł się w mojej kieszeni, a kolejnych parę zanim przeciętnego studenta zaczęło być na nie stać.

Siedziałam i siedziałam więc na rzeczonym przystanku… Czekałam, zakwitałam, wpadałam w czarną rozpacz itp. W końcu pojechałam do domu i zadzwoniłam do koleżanki… która już dawno wróciła była i czekała aż się odezwę. Okazało się, że nasz CEL mieszka na tym samym osiedlu i po wykonaniu zadania i przyjęciu zaproszenia od mojej koleżanki na bycie partnerem moim na studniówce… wiem, brzmi szalenczo… postanowił mojej koleżance towarzyszyć na przystanek i w autobusie… Pokierowała go więc na przystanek sąsiedni argumentując, by mnie nie zdradzić, że tam jest chyba bliżej i jeszcze mniej ludzi w autobusie, a gdy mijali moj przystanek, skutecznie go zagadała.

Misja zakończyła sie niejako powodzeniem. CEL przyjął do aprobującej wiadomości plan towarzyszenia mi na studniówce. Szczegóły mieliśmy już jak normalni dorośli (prawie) ludzie dogadać sami w kolejnym tygodniu na siłowni.

Minął dzień, kolejny, trzeci… kolega zniknął jakby… chciał sie wykpić? Ukryć? Booooosz nikt mnie nie kocha… Pomyślcie tylko jak się czułam. Świat był wielki i nieprzyjazny. Noooo ale ta ciemniejsza wredna i pamiętliwa strona mojego charakteru przezwyciężyła fobię socjalną i brak pewności siebie, zwłaszcza w stosunkach damsko-meskich, no bo jak to tak??? Obiecał i się chce wycyckać, niee maaaa… Dorwę gada, ile by mnie to miało nerwów nie kosztować.

Wiedziałam, na jakiej ulicy mieszka, bo zdradził to kumpeli, na szczęście miała ona tylko kilkanascie klatek i tylko jeden blok 7-piętrowy, reszta 4-piętrowe, wszystkie z domofonami i jeszcze przed czasami, gdy na domofonie dla ochrony danych osobowych jest tylko numer mieszkania, a nie kto tam mieszka. Od szefa siłowni dowiedziałam się jak ma na nazwisko (potem okazało się, że z często w teraz też i moim nazwisku popełnianym błędem).

Pierwszym krokiem kolejnej misji GWOŹDŹ (no bo musiałam gościa przygwoździć i zapytać, co do mnie ma i dlaczego mnie nie kocha od pierwszego wejrzenia) było przejście się tamże, obejście klatek i próba zlokalizowania gdzie mieszka. Na moje szczęście była tylko jedna osoba o zbliżonym nazwisku do „jakos tak Radziminski czy Radziwinski”… jak usłyszałam od kierownika siłowni… taaa… typowe nawet w Polsce, że to nazwisko przekręcają…) tzn. RadziEwińska Halina… Sprawdziłam jeszcze w książce telefonicznej. Nie znalazłam nikogo o podobnym nazwisku na tej ulicy. Miałam więc już adres, nadzieję, że jest prawdziwy i nawet numer telefonu, bo na szczęście nr nie był zastrzeżony, bo chyba zapukania do drzwi bym nie przeżyła… Mało zawałem nie przypłaciłam zadzwonienia… Padło na kontakt telefoniczny…

Zebrałam się na odwagę, podniosłam za 10-tym razem słuchawkę, za 20-tym wybrałam numer… Dryyyyn, dryyyyn przeznaczenie dzwoni… Du, du, du, DU, DU, DDDDDUUUU (serce wali!!!)

– Halo?

– Halo… ja… ja dzwonię, bo… ja nazywam się Agnieszka Chmielowiec… i ja chodzę na siłownię w mieście… i ja chciałam zapytać, czy ja dobrze sie dodzwoniłam do Radka???

Oooooj dooobrze sie dodzwoniłam. Gwoźdź mogłam sama sobie wbić w środek czoła, bo chłopak się zaczął gęsto tłumaczyć, że on przeprasza, że zachorowal, okropnie przeziebiony jest, co z reszta było słychać, i że miał gorączkę i nie miał jak przyjść, a nie miał przecież na mnie żadnego namiaru. Przynajmniej takie wytłumaczenie słyszałam, jak już kamien z serca mi spadł z rumorem… Aaaaaaaaaaaa to nie jest MOJA wina. Będę żyć. Nie ooooon będzie żyć.

I ależ oczywiście, że dotrzyma, co obiecał, chętnie się ze mna na studniówkę wybierze. Umówiliśmy się w kolejnym tygodniu na siłowni, już celowo, a nie przypadkowo, haha, by sobie na spokojnie zamienić parę więcej słów niż parę. Te włosy, te oczy, uśmiech… W kolejny weekend szef siłowni zaprosił wszystkich na składkowy bal karnawałowy. Przyszedł, prosto z pracy sie wyrwał (bo już był DOROSLY, 21 lat, studiował i pracował w sklepie rodziców), byle przyjść i byśmy się mogli lepiej poznać, lepiej bawić na mojej studniówce…

27.01.1996r., w dniu studniówki, przyszedł po mnie do domu. Mój Tata przeżył szok, kiedy otwierając drzwi spojrzał mu nie w oczy, a w klatkę piersiowa (193 cm wzrostu), Radek przeżył kolejny, kiedy zamiast dziewczynki z warkoczykami, spoconej po ćwiczeniach, w za dużym (czyt. ukrywającym krągłości) t-shircie, ujrzał ubraną w czarną miniówkę, na obcasach i z ciemnym, cygańskim makijażem w sumie całkiem niezła laskę (ocena własna z dzisiejszej perspektywy)..

(Zdjęcie załączam, komplementów słać nie musicie. Do dziś żałuję, że mu tych włosów rozpuścić nie kazałam… No ale ja sama byłam w szoku, że się to wszystko w końcu udało…).

Poszliśmy jak już się wszyscy pozbierali ze swoich stanów zszokowania na tą studniówkę, wytańczyłam się za wszystkie czasy, zszargałam sobie opinię kujona i sztywniary, całując się z – w sumie jak wszyscy wiedzieli – prawie obcym facetem, za zasłoną z jego pięknych włosów… Pierwszy raz TAK sie z kims calowałam, ciarrrry mam do teraz jak wspomnę…

To było (bez paru miesiecy) 20 lat temu. Co roku, 27-go stycznia, obchodzimy rocznicę naszego związku, bo w zasadzie od tej pory prawie się nie rozstawialiśmy, mimo szkoły, nauki do matury, pracy, studiów.

Po pół roku wyjechałam jednak zgodnie w planami przedradkowymi na studia medyczne do Bydgoszczy, a mój facet po wcześniejszym rozstaniu z dziewczyną, z powodu 70km odległości (ona z Wro, on z Legnicy, nie wytrwali… notabene, ma facet szczęście do babek urodzonych 25.10) podjął jednak ryzyko zwiazku na tym razem bagatelka 330km odległość. Rozstania i powitania, jedne i drugie pod znakiem łez czekały nas przez kolejne lata. Godziny czekania na połączenie na telefon przy recepcji, który wiecznie był zajęty, kręcenie 3 numerów na przemian, zanim pojawiła się funkcja redial… a w końcu wspomniane komórki, które znacznie ułatwiły nam życie i podniosły temperaturę kontaktów (ciężko o intymność jak sie rozmawia w towarzystwie ciecia, więc nie raz jeszcze potem wieczorem rozmawialiśmy na komórkę, choć wysokości rachunków mogły o palpitacje serca przyprawiać).

2-2

(Prawdziwe selfie, zdjęcie z ręki na Dworcu Wrocław Główny, w oczekiwaniu na odjazd).

Najpierw do Legnicy wpadałam co 3 tygodnie, bo pierwsze tygodnie i miesiące na medycynie są bardzo ciężkie, potem co 2, w końcu prawie że co tydzien. W maju 1998 były zaręczyny, na które moja rodzina zareagowała komentarzem a dlaczego tak szybko, mialam w końcu tylko 21 lat (wtedy sądziłam, że aż…) – no ale jakoś się pogodzili…

2.07.1999 r. zdałam ostatni egzamin 3-go roku studiów, wieczorem pociągiem dotarłam do Legnicy i ruszyłam dekorować salę razem z naszymi przyjaciółmi. Chłopak z tej pary był naszym świadkiem, świadkową nie mógł być kto inny niż I.

3.07.1999 roku o godzinie 17 odbył sie ślub w Kościele, konkordatowy, upalny…

collage1

W październiku wróciłam na uczelnię i kontynuowaliśmy jeszcze przez kilka miesięcy związek na odległość, choć już weekendy oficjalnie mogliśmy spać razem w „naszym” małżeńskim mieszkaniu.

5

Nasza rodzina powiększyła sie najpierw o kota, Szajbę. W marcu 2000r. na teście pokazala sie 2-ga kreska… było nas już troje plus kot. Nie było wyjścia, mimo przymusu stracenia roku na robienie różnic programowych między AM w Bszczy i Wro, zdecydowałam się na przeniesienie. Rok dziekanskiego na odchowanie dzidzi był wyczekiwany i chciany.

6.12.2000 roku zostalismy rodzicami dzis prawie 15-letniego syna.

6 collage2

Po 9 miesiacach wróciłam na uczelnię, w wychowywaniu synka pomagała niania, rodzina, żłobek. W 2004 roku jesienia synek poszedł do przedszkola, ja na staż podyplomowy, czyli w końcu do pierwszej pracy, a mąż przestał być jedynym żywicielem rodziny, pracującym i studiującym.

Swoje rozstawanie przepracowaliśmy, teraz bardzo rozstawać sie nie lubimy. Po 16 latach małżeństwa, które nam minęły 3 lipca 2015 roku, większość tematów już mamy przepracowanych i uzgodnionych. Ale kłócimy się i tak od czasu do czasu, mniej niż na początku, ale za to jak już to z przytupem. Zwykle o pierdoły, krótko, czasem poważniej, najczęściej o wymagania i sposób traktowania syna – jedynaka, na granicy dorosłości. Ja w nim widzę bardziej partnera, mąż wciąż dzieciucha, który ma robić, co mu się każe, taaa… chciałby… Ale na 99% dotarliśmy i lepszego męża trudno by mi było sobie wyobrazić.

Kochamy się po tylu latach wciąż i ciągle, inaczej, ale chyba mocniej. Nie lubimy być daleko od siebie i bardzo tęsknimy jak nas życie do tego zmusza. Mamy wiele wspólnych zainteresowań… A syn chyba jest w jakis sposób z nas dumny, że jesteśmy jedną z niewielu w jego otoczeniu całych rodzin, bez rozwodu, obocznych dzieci z innych związków i byłych partnerów, co tak częste w Szwecji, ze wszystkimi zaletami i wadami tzw. rodzin patchworkowych.. Nie mamy więcej dzieci, nie dała nam ich ani natura ani medycyna, ale mamy jeszcze 2 koty, po Szajbie i Rudolfie, teraz towarzyszą nam Filek i Bruno. Myślę, że jest z nas całkiem udana trzyosobowa rodzinka. A ciąg dalszy mam nadzieję potrwa jeszcze wieeeeeele lat!!

THE VERY HAPPY NO-END.

Agnieszka / Zapiski szwedzkie

Share:
  • Pozazdrościć tak pięknej historii miłosnej:* trzyosobowa rodzina ma pewnie wiele zalet i łatwiejsze rozwiązania:) ja matka trzech synów czasami głośno pytam siebie WHY ??? 😀 😀 pozdrawiam cała trójkę!

    • Agnieszka

      Nie z wyboru, natura wiecej nie dala, ale owszem doceniam zalety. Np juz za pareeeeee laaaat za lat paaaareee…

  • Bardzo ładna historia 🙂

    • Agnieszka

      Zycie… nigdy nie wiadomo kiedy milosc nas dopadnie…

  • Agnieszka Moniak

    Pisze tutaj jeszcze raz… piekna historia! i w tym samym roku slub bralysmy… 1999… tyle, ze my w sierpniu… eh musze swoja historie tez opowiedziec. Aha, i mama zostalas duzo wczesniej… ja dopiero w 2005.

    • Agnieszka

      Jak juz bylo z kim, trzeba bylo dzialac… Z perspektywy czasu bardzo sie ciesze, ze nie czekalismy… kto wie czy by nas natura nie ukarala za zwlekanie… a tak dziecko juz prawie dorosle a my… wciaz piekni i mlodzi, haha…

  • Pastelowa Kropka

    Super historia, świetnie się czytało, jednym tchem. Pożarłam ;)! Chyba jestem fanką Twojego pióra :)! I oczywiście życzę jeszcze wielu długich i szczęśliwych lat RAZEM <3

    • Agnieszka

      Hehe a dziekuje. Zaprosilabym na bloga… ale wstyd tak malo tam pisze… To byla historia z zycia wiec w sumie latwo poszlo… duuuuzo oporniej idzie mi pisanie na zadany temat…

  • Uśmiałam się przy tych podchodach 😉 Przepiękna historia 🙂

    • Agnieszka

      Dzieki… Oplacalo sie pomeczyc, popodchodzic, posledzic… choc wieeeele mnie to kosztowalo. Nie ze zawsze jest tak rozowo… ale bardziej in plus zdecydowanie niz in minus…Buzka.

  • Dorota Wernik

    Dobrze mieć taką przyjaciółkę jak Twoja I. 🙂 Nawet faceta na studniówkę … i całe życie załatwi.
    A propos studniówki – ja mojej zupełnie nie pamiętam! W ogóle nie wiem czy na niej byłam. Coś nie tak z moją pamięcią chyba…

    • Agnieszka

      Hehe ja nie mam wyjścia. Muszę pamiętać choć to już prawie 20 lat. Niestety kontakt z I się kilka lat temu urwał i nie wiem dlaczego. Bo widywaliśmy się kilka razy już po naszym wyjeździe a potem cisza. … i nie wiem czemu.

  • Margaret Stobieniecka

    Piekna historia. Zycze wam wszystkiego dobrego. Prawdziwa milosc istnieje.:)

  • Monika Niedźwiedzka

    Weszłam na tego bloga z czystej ciekawości chcąc zobaczyć życie Polek za granicą,a czytając ten wpis odnosiłam wrażenie że czytam o sobie, o młodej dziewczynie, która tu i ówdzie widzi nadmierne kilogramy, jest klasowym ,,kujonem” i zawsze chciała dostać się na medycynę, boi się że już zawsze będzie sama. Ja co do joty.Teraz mam 17 lat i całkowicie utożsamiam się z Panią sprzed wielu lat.Ten sam sposób myślenia. Pani znalazła miłość swojego życia na siłowni może mi uda się zrobić to samo na aerobiku na który chodzę przez te krągłości 😉

    • Agnieszka

      Moniko mam nadzieję że dokładnie tak będzie. Pozdrawiam.