Jesień w Stanach jest piękna, a najbardziej tu w Nowej Anglii (jak dla mnie). Ludzie przyjeżdżają tu licznie „na liście”. W regionach, w których jest ciepło, gdzie wiecznie świeci słońce, a deszcz jest rzadkością, liście pozostają cały rok niezmiennie zielone. U nas pory roku uderzają eksplozją kolorów. Właśnie od paru tygodni lasy hrabstwa Berkshiru mienią się feerią barw, złota, brązu i żółci, a słońce sprzyja spacerom.

Po amerykańskim Świecie Pracy (Labor Day), które przypada w pierwszy poniedziałek września, rozpoczyna się dla Amerykanów okres jesieni. Ten dzień jest takim nieoficjalnym zakończeniem lata. W sklepach na pierwszy plan wykładane są jesienne owoce. W koszach żółte i zielone gruszki, obok piramidy jabłek nęcą kolorami i kształtem. Nie brakuje też śliwek i różnych wielkości oraz kształtów. Pojawiają się pierwsze dekoracje halloweenowe. To ulubiony czas dziecięcych przygotowań do tego tak amerykańskiego święta. Wyprawy poza miasto to nie tylko podróż po jabłka lub gruszki, to wypatrywanie dyń, które muszą mieć odpowiednią wielkość, kształt i kolor. Tradycją stał się rodzinny wyjazd na farmę, na zbieranie owoców. Dla maluchów taki wyjazd zawiera „rewelacje”, są nimi przejażdżka na traktorze, oglądanie zwierząt gospodarskich czy zabawa ze zwierzętami domowymi, których tak brakuje w mieście. Dla rodziców to okazja do pikniku na świeżym powietrzu. Farmy bardziej lub mniej są nastawione na komercję. Zapraszają chętnych i organizują im wypoczynek a dzieciom zabawę. Ich chęć uatrakcyjnienia pobytu „miastowym” nieraz kłuje w oczy, bo są to krzykliwe zjeżdżalnie lub dmuchane zamki do skakania. Bardziej interesujące to te z zabawa w labiryncie na polu z kukurydzą lub zbieranie na niby w kurniku drewnianych jajek.

Jesień to oczywiście święto Halloween, a później Thanksgiving (Święto Dziękczynienia). Halloween jest świętem, które dla praktykującego katolika trąci pogaństwem i woła o pomstę do nieba. Osobiście nie zgadzam się z tym przekonaniem, dla mnie jest to jedna z tradycji kraju, w którym mieszkam i staram się zaakceptować jego obyczaje. Choć wiem, że są ludzie i narody, u których to święto budzi emocje.

Są różne teorie, skąd wywodzi się święto Halloween. Jedna z nich mówi, że z Samhain, pradawnego celtyckiego święta celebrującego przejście lata w zimę. Druidowie głosili, że tego dnia zacierała się granica między światem ludzi i duchów, zarówno tych złych, jak i dobrych. Ludzie w tym dniu palili ogniska wokół chat i wiosek. Weselono się, tańczono i częstowano się smakołykami, a przy ogniskach odbywały się tańce. Duchy przodków zapraszano do domów, a złe duchy odstraszano palącymi się ogniskami. Wierzono, że ogień miał moc odstraszania zła. Ze wzgórz i lasów do ludzkich osad schodziły wróżki, skrzaty i chochliki. Chciały w tym dniu przedostać się do świata żywych. Obok ognia, odstraszającym elementem tego dnia były rzepy wycinane na podobieństwo demonów, a także przerażające maski i czarne stroje. Obecnie rzepę zastępują dynie, pozostałe elementy są niezmienne. Maski, stroje, latarki, czyli ogień i dymy imitujące wieczorne mgły. Różnego rodzaju duchy, trupie czaszki, wampiry, nietoperze i czarne koty. Tę celtycką tradycję przywieźli do Stanów irlandzcy imigranci – potomkowie Celtów – uciekając przed wielkim głodem w początkach XIX wieku.

Inna wersja wydrążonej dyni i świeczki, jako elementu święta Halloween, wywodzi się z irlandzkiej legendy o Jacku oszuście, któremu podstępnie udało się uwięzić szatana. Ten w zamian za uwolnienie obiecał Jackowi, że nigdy nie zabierze mu duszy. Nieświadomie Jacek skazał się na wieczną poniewierkę pomiędzy niebem a piekłem. W czasie tej wiecznej wędrówki przyświecał sobie małym, płonącym kawałkiem węgla umieszczonym w wydrążonej dyni. Inna wersja tej legendy mówi, że świecące rzepy (dynie) są synonimem dusz uwięzionych w czyśćcu.

Kościół rzymskokatolicki kategorycznie odżegnuje się od tej tradycji, po części utożsamiając ją z kultem diabła. Ponieważ noc z 31 października na 1 listopada jest także ważnym świętem w kościele Szatana. Również słowiańskie związki wyznaniowe, propagują w tym dniu rodzimy zwyczaj Dziadów. Kościół walcząc przed wiekami z pogańskimi obyczajami, ustanowi dzień 1 listopada Dniem Wszystkich Świętych. Tradycja czczenia Wszystkich Świętych pojawiła się prawdopodobnie dopiero za pontyfikatu papieża Bonifacego IV, dla upamiętnienia męczenników, którzy umarli za wiarę. Samym zmarłym poświęcony jest następny dzień po Wszystkich Świętych, nosi on nazwę Dnia Zadusznego. Samo słowo Halloween to po prostu skrót od „All Hallows’ Eve”, czyli wigilia Wszystkich Świętych.

W tym dniu dzieci odwiedzają znajomych, a często i obce domy. Są poprzebierane za duszki, wampiry lub inne straszydła. Ich wędrówka przypomina próby leśnych, irlandzkich skrzatów, które w tym dniu miały okazję przedostać się do świata ludzi. Ofiarowanie dzieciom słodyczy jest przekupstwem i przekreśleniem tej szansy. Miejscem ludzi przez najbliższy rok pozostaną domy, miejscem skrzatów i złych duchów wrzosowiska i lasy. Dla pełnego opisu tego święta dodam kilka szczegółów. Dom musi być udekorowany halloweenowymi ozdobami, a jeśli nie jest, dzieci go omijają. Jeśli właściciel nie wykupi się słodyczami, istnieje możliwość zrobienia mu psikusa lub psoty, dlatego dzieci wołają: „cukierek lub psikus” (Trick-or-treat). Niestety zdarza się, że nieraz te psikusy wymykają się spod kontroli i przybierają krańcowe akty wandalizmu. Nie są to na szczęście liczne przypadki. Nagonka ze strony Kościoła dla mnie nie jest zrozumiała, dodatkowo często włączają się do niej przedstawiciele szkół i partii politycznych, przestrzegając przed „praktykami okultystycznymi”. Dla większości dzieci, a i dla części dorosłych, jest to radosny wieczór, spotkań z przyjaciółmi, wspólnych odwiedzin, wędrówek i poznawania nowych ludzi. Płonące świeczki w dyniach, udekorowane domy, szczęśliwe dzieci, nadzorujący te cukierkowe swawole rodzice w ten wieczór mają w sobie magię. Niechaj ona trwa, bo jest dobra, wyzwala śmiech, rodzi przyjaźń, buduje lokalną wspólnotę. Happy Halloween!

 

Sylwia / USA / Piękno bez perfekcji

Share: