Gdy myślę o Polsce…

Gdy myślę o Polsce…

Urodziłam się i mieszkam w Stanach. Moja mama jest z Polski, a tata ze Stanów. Mam bardzo polskie imię i nazwisko po angielskim pradziadku (pra razy 8), ale mam też irlandzkie i niemieckie geny. Rodzina uważa, że nawet indiańskie, ale nie wiem, z jakiego plemienia pochodziła babcia mojej amerykańskiej babci. Ja w każdym razie w 60 procentach czuję się Amerykanką, a w 40 procentach Polką.

Mówię po polsku,

(choć czasem muszę się chwilę zastanowić, jak coś powiedzieć), ale nie umiem dobrze pisać. Czasem napiszę coś na kartkach urodzinowych lub sms-em do mamy. To wszystko. Polska pisownia jest dla mnie za trudna. Nie zawsze wiem, gdzie ma być ó, gdzie ż czy rz. Albo nie wiem, czy pisać wie- czy wje- na początku wyrazu i gdzie stawiać przecinki. Gdybym mieszkała w Polsce, za rok kończyłabym liceum. Musiałabym pisać maturę i pewnie wiedziałabym jak. Ale w Polsce jestem tylko w czasie wakacji lub ferii, a kiedy przyjeżdża do nas rodzina z Polski, najwyżej więcej poczytam po polsku. Nie chodziłam nigdy do polskiej szkoły, dlatego ten tekst zapisuje za mnie mama.

Mam na imię Zofia. W Stanach muszę tłumaczyć, że chodzi o Zofię przez „z”, muszę wszędzie literować swoje imię. Ziefajej, ale i tak pytają: Sophia? Sophie? Czy Sofia po hiszpańsku? Każdy myśli, że się przesłyszał. Nauczyciele nie wiedzą, co zrobić z moim imieniem, jakby w angielskim nie było litery „zet”. Na początku roku szkolnego zawsze muszę ich uczyć wymawiać moje imię, a i tak niektórzy wołają potem na mnie Sołfija albo Zoe (Zołi). Mnie jest wszystko jedno, ale mamę to denerwuje. Ona na mnie mówi Zosia, ewentualnie dla żartu Zosiel, Zocha lub Zofieja.

Mama chciała, żebym znała język polski, więc zawsze mówiła do mnie po polsku, nawet przy amerykańskiej rodzinie. Kiedy miałam prawie cztery lata, poszłam do przedszkola, ale angielski znałam słabo. Tata sporo pracował i większość swojego czasu spędzałam z mamą. Nie rozumiałam innych dzieci i pań przedszkolanek. Wiedziałam, jak powiedzieć dzień dobry, poproszę itp. tylko to za mało, żeby się porozumieć. Długo bawiłam się sama. Pamiętam, że budowałam domki z klocków Lincoln logs. Pewnego dnia podeszła do mnie mała dziewczynka i zaczęła się ze mną bawić. A potem brała mnie za rękę i prowadziła tam, gdzie szły dzieci. Kiedy kilka miesięcy później pierwszy raz odezwałam się do pani po angielsku, a nie po polsku, dowiedziało się o tym pół przedszkola. Nauczyłam się angielskiego, ale wciąż jestem bardzo nieśmiała.

Kiedy szłam do szkoły, trzeba było wypełniać różne formularze. W jednym było pytanie o języki, jakich używa się w domu. Mama, zadowolona, dopisała Polish i musiałam potem automatycznie chodzić na zajęcia wyrównawcze z angielskiego. Nie wiedziałam po co. Rodzice też uważali, że to zupełnie bez sensu. Na dodatek wyciągali mnie na te zajęcia z lekcji matematyki albo normalnego” angielskiego. W końcu (po pół roku?) szkoła doszła do wniosku, że faktycznie mi to niepotrzebne. A mama nauczyła się, żeby nie pisać na formularzach, że dziecko zna język polski.

O tym, że mówię po polsku wiedzą moje koleżanki. Te nowe od razu proszą, żeby powiedzieć im coś w tym języku. Albo przetłumaczyć coś na polski. Śmieszne, że niektóre myślą, że znam każde polskie słowo. Pamiętam, że kiedy byłam w zerówce, ktoś spytał mnie, jak powiedzieć bat (nietoperz). Nie mogłam sobie przypomnieć, więc poszłam na kompromis: powiedziałam, że motyl. I tak nikt nie zapamiętał, co powiedziałam, a skoro jedno i drugie ma skrzydła… Zresztą dla koleżanek po prostu było ważne, że umiałam powiedzieć coś w innym języku.

Teraz, gdy jestem starsza, a koleżanki proszą, bym powiedziała coś po polsku, mówię czyścić. Samo słowo czyścić potrafi przestraszyć nastolatka, ale powiedziane po polsku naprawdę brzmi strasznie, bo jest w nim dużo dźwięków niepodobnych do angielskiego. Trudne są nie tylko cz, ś, ci, ć. Amerykanie nie potrafią powiedzieć też y. A ja umiem i to robi wrażenie. Koleżanki słyszą w czyścić same sz i si i zaczynają szumieć, udając, że mówią po polsku. Wiem jednak, że mi trochę zazdroszczą.

Lubię też czasem opowiadać koleżankom o mamie i jej przygodach po przyjeździe do USA. Jedna jest o grzybach. Mama uwielbia grzybobranie, a w Stanach nikt nie chodzi na grzyby. Nikt nawet nie zauważa grzybów rosnących na dworze. Nie zna ich nazw. Gdy mama przyjechała na Florydę, zauważyła, że wiosną po burzy zaczynają rosnąć na trawnikach grzyby zajączki. Pobiegła je zbierać, ale kiedy wróciła do domu, przypomniała sobie, że trawniki są sypane środkami na owady i chwasty. Wszystkie grzyby, choć jadalne, wyrzuciła, żeby się nimi nie zatruć.

Polska to dla mnie właśnie kraj grzybów, lasów, do których chodzi się na spacery, miejsce najlepszych zabaw, pięknej architektury i ulic z kocimi łbami.

Polskie lato to lato bez klimatyzacji, ale z ogródkiem. Uważam, że Polacy są fajniejsi niż Amerykanie, bo są bardziej otwarci, gościnni i spontaniczni. Nie są sterylni. Jedzą owoce prosto z drzewa i z krzaka. A warzywa nawet prosto z grządki. Fizycznie Polacy są dla mnie bardzo do siebie podobni. Mają prawie ten sam kolor skóry i włosów, jaśniejszy od ludzi, jakich spotykam tu, w Orlando. Orlando to mieszanka ras – prawdziwy amerykański melting pot. Ale chociaż Polacy są dla mnie zewnętrznie podobni, zaskakują mnie bardziej niż Amerykanie. Widzę, kiedy Polak się cieszy, a kiedy irytuje. Jak ma się w Polsce zły dzień, miesiąc, czy całe życie, to nie trzeba tego ukrywać. Wolno martwić się głośno. A polska matka może okrzyczeć dziecko nawet wtedy, gdy jest dorosłe i ma swoje dzieci.

Kiedy myślę o Polsce,

przypominają mi się wesela. W USA wesela są bardzo formalne, bardzo krótkie i nudne. Nad jedzeniem nie latają muchy, a na stołach nie ma butelek wódki. Ludzie słabo tańczą i po kilku godzinach wszyscy wracają do domu (może dlatego, że nie grają tu disco polo?). Zwykłe polskie urodziny albo polskie ognisko są dla mnie lepsze niż amerykańskie wesele, gdzie żadni mężczyźni się nie upiją, nie rozbierają do majtek i nie wybiegają na dwór umyć się w deszczu, śpiewając na całe gardło. Nie wyobrażam sobie, żeby amerykańscy goście tak się upili, żeby zgubili się w lesie przy domu weselnym albo zasnęli gdzieś pod drzewem. Nie jeżdżą tu minibusy, żeby rozwozić gości na nocleg. I, oczywiście, nie ma poprawin, żeby powygłupiać się z kuzynkami jeszcze na drugi dzień.

Polska to dla mnie także kraj drożdżówek, piernika, pierogów, buraków, uszek do barszczu, gołąbków, bigosu i torebek z kisielem. Na starówce w rodzinnym mieście mamy jest taka jedna mała piekarnia, w której pachnie jak w niebie. Piecze się tam drożdżówki z lukrem i chleby na zakwasie – wszystko bez konserwantów. Zapach z tej piekarni czuć już z daleka. W sklepiku piekarni zawsze jest kolejka, a ludzie w tej kolejce są zawsze mili. (Chyba od tego zapachu!) Na Florydzie takiego chleba ani drożdżówek nie kupię, ale mama ugotuje mi wszystko inne, nawet wegańskie gołąbki. A ziemniaki – w każdej wersji.

Uwielbiam też opłatek i polską wigilię. Chodzi nie tylko o jedzenie – lubię łamać się opłatkiem z rodziną. Do tego święty Mikołaj (Santa) przychodzi do nas tak, jak w Polsce, w wigilię i mogę sobie pospać na drugi dzień. Nie muszę wstawać rano, żeby otwierać prezenty jak moi amerykańscy koledzy. W Stanach nie ma Dnia Dziecka ani wkładania w buty prezentów 6 grudnia. Kiedy byłam mała, bardzo mi się to podobało, że ja akurat coś dostałam.

Po Bożym Narodzeniu najbardziej lubię imieniny. W USA się ich nie obchodzi i mama coraz częściej o nich zapomina. Tak jak o Dniu Dziecka i Mikołaju. Gdzieś w połowie maja przychodzi i mówi: Masz tu książkę/słuchawki do telefonu/czekoladę itp., dwa dni temu były twoje imieniny, ale zapomniałam. Pardon”. Kiedy chwalę się imieninami w szkole, koleżanki chcą wiedzieć, co to za okazja ten name day. To takie mini birthday – mówię. Koleżanki też wtedy chcą mieć świętego patrona. Ale nie mogą, w większości to protestantki, a protestanci nie myślą o świętych tak jak katolicy. Niestety, żeby mieć imieniny, nie można mieć na imię Mishka albo Keily. Albo Destiny.

Języka polskiego uczyła mnie w domu mama.

Byłam w pierwszej klasie, kiedy zaczęła mi robić po południu lekcje polskiego. Nie cierpiałam tego. Naprawdę! Po szkole najpierw musiałam robić zadania domowe, ćwiczyć na pianinie, a potem siadać do polskiego, a miałam już dość. Chciałam się bawić, a nie jeszcze uczyć. Miałam kilkanaście lat i specjalnie chowałam zeszyty i książki do polaka, mama nie mogła ich znaleźć, a ja udawałam, że nie wiem, gdzie są. Kto chce marnować popołudnie na naukę? I to z rodzicem, chociaż z zawodu nauczycielem. Nie chciałam robić tego, co kazała mama i już. Nie chciałam też uczyć się niektórych wyrazów, bo mi się po prostu nie podobały. Dziś jest tak samo. Nie powiem, że zwierzę ma pysk (co za brzydkie słowo!) tylko twarz. I nie powiem, że pies zdechł, tylko umarł. Pysk i zdechł to według mnie zero szacunku dla zwierzaka, a ja kocham zwierzęta.

Język polski nie jest popularnym językiem w Stanach, ale mówienie po polsku przydaje mi się, gdy jadę gdzieś z mamą samochodem i np. słuchamy polskiej muzyki. Możemy się pośmiać z niektórych piosenek na Spotify (np. Hej sokoły! energy version – masakra!). Lubię w sklepie rozmawiać po polsku, w naszym sekretnym języku. Język polski pomógł mi w szkole na lekcjach hiszpańskiego. Byłam jedyną nie-latynoską w klasie, która rozumiała, że trzeba zmieniać końcówki wyrazów. Umiałam też wymówić hiszpańskie „r”. Nawet kiedy moja znajoma mówi po słowacku do swojej mamy, rozumiem trochę, o czym rozmawiają. Jest kilka rzeczy w Stanach, które zawsze przypominają mi o Polsce, np. niektóre napisy: shoe polish (pasta do butów) i nail polish (lakier do paznokci). Wiem, że polish (pasta, lakier) pisze się małą literą i wymawia trochę inaczej niż Polish (język polski), ale i tak na ich widok myślę o Polsce.

W zeszłym roku miałam w liceum Historię świata i pan od historii, Mr T., był niemieckiego pochodzenia – jego rodzice przyjechali z Niemiec do Stanów, gdy miał kilka lat. Wszyscy bardzo lubiliśmy pana od historii, był świetnym nauczycielem, a ja byłam jego ulubioną uczennicą. (OK, nie tylko ja, był jeszcze w klasie jeden chłopak, który był dobry z historii). Kiedy Mr T. mówił o Europie, zawsze na mnie spojrzał. Jednego dnia, na lekcji o drugiej wojnie światowej, pokazując kierunek inwazji nazistów na Polskę, Mr T. popatrzył na mnie z niepewnym uśmiechem. Jakby chciał powiedzieć – to prawda, tak było, ale na szczęście ty i ja spotykamy się w zupełnie innej sytuacji, w zupełnie innym kraju.

Pan od historii miał rację. Jesteśmy w Ameryce, mówimy po angielsku. On czuje się w połowie Niemcem i ma u siebie w domu kawałek muru berlińskiego. Przyniósł go nawet na lekcje. A moja pamiątka z przeszłości to zardzewiała klamka. Znalazłam ją wykrywaczem metalu na jakimś polu, gdy pojechałam raz z dziadkiem, kuzynkami i koleżanką szukać skarbów nad Wisłą. Dziadek powiedział, że to musi być klamka od karety jakiejś księżniczki. Dał mi tę klamkę na pamiątkę. Wtedy byłam naiwna, uwierzyłam w bajkę o królewnie, teraz mogę się z tego tylko pośmiać.

Dziś już mama nie robi mi lekcji z polskiego.

Nie ma na to czasu, ale kiedy rozmawiamy, często żartuję i nigdy nie wiadomo, kiedy wyjdzie mi coś śmiesznego. Jechałyśmy niedawno samochodem i śpiewałam coś po angielsku, dodając słowo honey, czyli kochanie. Zaczęłam się wygłupiać, tłumacząc słowo honey jako miodku. A potem, mówiąc do mamy, trochę mi się język poplątał i zamiast miodku wyszło mi młotku.

Myślę po angielsku, śnię po angielsku i po polsku. W snach spotykam rodzinę z Polski, ale nie tylko. Nie lubię tych snów, w których inni mówią po polsku lepiej ode mnie i używają słów, których nie znam. Rozumiem, skąd się to bierze. W końcu w 60 procentach jestem Amerykanką, ale to 40 procent, kiedy czuję się Polką, nie jest złe. Na Florydzie jest też inne, oryginalne. Bardzo moje. Mam polskie imię, kawałek zardzewiałego metalu na półce obok polskich książek, super rodzinę w Polsce i pełno wspomnień. Marzy mi się już następne polskie wesele.

Zosia M., córka “Sylaby” / Koza i kozak pod palmą

26
Dodaj komentarz

avatar
12 Comment threads
14 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
16 Comment authors
SylabaCiotkaEvaEwaEmilia Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Hanna
Gość
Hanna

Z przyjemnością przeczytałam cały artykuł. To trochę tak jakbym tam była. Spędziłam w USA 12 lat swojego życia i tęsknię bardzo za tym co tam poznałam, ale także za tym co planowałam poznać. Trudno jednak zwiedzać gdy cały czas się głôwnie pracuje…To choroba zatrzymała mnie w Polsce. Niestety dla mnie Polska wcale nie jest taka fajna. Inaczej jak się przyjeżdża tylko na trochę, i ma się przy tym kochającą rodzinę. A inaczej jak się w chorobie samemu boryka ze wszystkim. Mój mąż został w Stanach… Choroba spowodowała to, że doceniam każdy dzień swojego życia. Bardzo dużo teraz podróżuję, gdy czuję… Czytaj więcej »

Urszula
Gość
Urszula

Wspaniale opowiedziałaś tę polsko-amerykańską przygodę, która trwa już tyle lat. Jesteś taka młoda ale masz świetne spostrzeżenia i ciekawe, świeże spojrzenie na bycie Amerykanką i Polką zarazem. Brawo Zosiu! Mam wnuczkę w Ameryce i to Ty uzmysłowiłaś mi, że przecież należą się jej Jako Polce i Amerykance jednocześnie – polskie imieniny. Dzięki Tobie również nie zapomnę o Mikołaju 6 grudnia. Przyjdzie w tym roku nie tylko do Hani ale również Maxa.
Dziękuję i pozdrawiam z Polski. Uściski dla mamy,

Sylaba
Gość
Sylaba

Pani Urszulo (piszę od siebie i w imieniu Zosi) – dobrze, że przypomniała sobie Pani o imieninach i św. Mikołaju. Dzieciom się to na pewno spodoba!

Elzbieta
Gość
Elzbieta

Ja skladam Pani dzisiaj najlepsze zyczenia, zdrowia i spelnienia marzen i powrotu do kraju ktory Pani kocha, wycieczek i zwiedzania wszystkich pieknzch miejsc. Jutro nasza corka tez ma imieniny , to nasza Ania. Wszystkiego najlepszego!

Wojciech
Gość
Wojciech

Ja bede … Wszystkiego Najlepszego z Okazji Imienin 🙂
Ja spedzilem 7 lat w Irlandii i teraz od 5 lat mieszkam w kanadzie ……. coraz dalej do domu 🙂 pozdrawiam

Ewa
Gość
Ewa

Sto lat Haniu( Aniu)… duuuuuzo zdrowia i spelnienia marzen!!!! Serdeczne pozdrowienia z Toronto…..
Pozdrawiam tez Zosie!!! czutajac twoj list caly czas myslalam o mojej wnuczce, Mayii , urodzila sie w Kanadzie i nie bardzo chce mowic po polsku… teraz bedac z nia w Krakowie wymyslilam zabawe ze za kazde polskie slowo ( nowe) dostanie zlotowke….musze przyznac ze zaczela calkiem niezle mowic po polsku… szkopul w tym ze ja mieszkam w Kanadzie a moja wnuczka teraz na Malcie i nie spedzam z nia duzo czasu… pozostaja tylko wakacje…

Sylaba
Gość
Sylaba

Pani Ewo! (Pisze mama Zosi) Przyznam, że nigdy nie przyszło mi do głowy motytować pieniędzmi (złotówkami) za mówienie po polsku. Ale może to też sposób? 🙂 Ciekawe! Rozumiem pani dylematy, gdy wnuczka daleko. A może uda się kontynuować rozmowy Skypem? Przez telefon?

Eva
Gość
Eva

Rozmowy via skype albo na viber odbywaja sie tylko jest to czesc Babcia… na moje pytanie… jak sie masz… pada odpowiedz …. dobre( jak po czesku a nie po polsku) i juz jej nie ma….pozostaje rozmawiac z corka … po polsku…

Sylaba
Gość
Sylaba

No tak. To klasyka. Nie powiem, że u mnie jest inaczej. Mimo wszystko trzymam kciuki!

Ania
Gość
Ania

Dobrze jest przeczytać tak miłe słowa o naszym kraju 🙂 Wspaniale, że tak myślisz o Polsce i o Polakach! To piękny kraj 🙂

Dorota
Gość
Dorota

Imienniczko mojej polsko-tajwańsko-amerykańskiej córki, masz takie samo wyobrażenie o ojczyźnie Twojej Mamy, jak i moja Zosia. Miło to czytać i miło słyszeć.
Moja Zosia przedstawia się wszystkim znajomym w USA jako ZOZO 😉
Pozdrawiam i Ciebie Kozo i Sylabę <3 (uściski również dla Kozaka)

Ania
Gość
Ania

Zosieńko, pięknie napisałaś o Polsce i piękne masz wspomnienia. Mam nadzieję, że będziesz gościła na jeszcze wielu polskich weselach, że odwiedzisz ulubioną piekarnię i nazbierasz z mamą kosz polskich grzybów. Pozdrawiamy!

wysrodkowani.pl | Gośka
Gość
wysrodkowani.pl | Gośka

Super tekst, naprawdę. Moim zdaniem Polska to bardzo specyficzny kraj (głównie w dobrym znaczeniu tego słowa) i fajnie, że ludzie, którzy nie mieszkają tam na stałe, potrafią to dostrzec i docenić 🙂

Tomasz
Gość
Tomasz

ZI-OŁ-EF-AJ

Miło się czyta. Pełno symboli. Dojrzały tekst. O uczuciach opowiadasz obrazami. Jak np. o grzybach.
S1E1 Kiedy następne odcinki?
Czy planujesz napisać sezon 2 ? S1E2
Czekamy na S1E2.

Pozdrawiam
Tomasz J Wrocław

Reinmuth Kasia
Gość
Reinmuth Kasia

Prawie to samo mogliby napisac moi Synowie. My mieszkamy w Niemczech i tutaj urodzila sie trojka moich dzieci. Starszy podobnie jak ty Zosiu ma polskie imie po moim dziadku- Janek, i podobnie jak ty musi tlumaczyc ,ze jego pisze sie Janek z e a nie Yannik czy tez Jannik. Kiedys zapytalam kim jestescie Polakami czy Niemcami…Mama tutaj jestesmy Polakami a w Polsce Niemcami. Podobnie jak ty Zosiu moje dzieci nie wyobrazaja sobie Swiat Bozego Narodzenia bez oplatka. Polskie jedzenie wychwalaja pod niebiosy a polskie wesele chyba na zawsze pozostanie im w pamieci. Mam nadzieje, ze dzisiaj jestes twojej mamie wdzieczna… Czytaj więcej »

Sylaba
Gość
Sylaba

Cześć, Kasiu! Przeczytałam Zosi i Twój komentarz. Na pytanie, czy jest mi wdzięczna za język polski i polską kulturę, córka odrzekła “to się jeszcze zobaczy”. 😉 (Na pewno jest mi wdzięczna – chociaż wywraca tu przy mnie oczami). Pozdrawiam Was i ściskam. Janek to piękne imię. Jest też w mojej rodzinie.

Sylaba
Gość
Sylaba

Pisze mama Zosi, zaskoczona tak miłym przyjęciem artykułu. Wszystkie komentarze przeczytałyśmy z córką. @Hanna – składamy wczesne życzenia imieninowe! Oby choroba nie psuła więcej planów życiowych! Zdrowia i spełnienia marzeń o podróży do Stanów! @Ania – dziękujemy za słowa uznania; tak, Polska to piękny kraj. Gdyby móc go kiedyś objechać… @Dorota – ZOZO absolutnie ma ręce i nogi. Zosia też ma swoją amerykańską ksywkę, łatwiejszą w obsludze niż “Zofia”, podaje ją wtajemniczonym przyjaciółkom. Pozdrawiamy i Was! @Ania – oby! oby takie wakacje nadal były przed nami! (Ja szczególnie obstawiam grzyby) 😉 @Gośka – Bez kozery powiem, że Zosia trochę wyniosła… Czytaj więcej »

Urszula
Gość
Urszula

Mieszkamy we Francji, mam dwie male coreczki, ktore tez ucze jezyka polskiego. Co roku jedziemy do Polski na Swieta i wakacje. One uwielbiaja te wyjazdy. Mam nadzieje, ze zachowaja te wspomnienia i tak jak Zosia beda miec duzo spostrzezen na temat naszgo kraju, roznic kulturowych i fajnych zdarzen. Czytajac opowiadanie Zosi widze moje corki za kilka , kilkanascie lat. I konicznie trzeba zwiedzic Polske. Pozdrawiam

Sylaba
Gość
Sylaba

Pisze mama Zosi (Zosia siedzi obok) – te wyjazdy są BARDZO ważne. Dobrze, że jest taka możliwość. Zosia zażartowała, że chyba pora zapisać się jej gdzieś na “GoFundMe”, żeby uzbierać pieniądze na nasz kolejny wyjazd. Podróże ze Stanów potrafią być bardzo drogie, niestety. W każdym razie życzę powodzenia w poznawaniu i Polski i nauce języka. Pozdrawiam serdecznie!

Sebastian
Gość
Sebastian

Kochana “Duża” Zosiu, jestem pod ogromnym wrażeniem tego co napisałaś. W mej świadomości jesteś wciąż paroletnią dziewczynką i aż trudno mi sobie wyobrazić, że jesteś już dorosła, a wspomnienia z Polski tak mocno wbiły się w Twoją świadomość. Pozdrawiam Ciebie i mamę! Sebastian

Sylaba
Gość
Sylaba

Dzięki, Sebastianie! (Pisze mama w imieniu swoim i Zosi) – ja też nie byłam świadoma tego, jak bardzo Zosia czuje się z Polską związana. I że dorośleje. Bo dopiero teraz zgodziła się opisać przemyślenia o Polsce. Pozdrawiamy i ściskamy!

Emilia
Gość
Emilia

Piękna historia. Jestem pełna podziwu i determinacji mamy w utrzymaniu języka polskiego córki. Jestem w dość podobnej sytuacji. Mieszkam w Kanadzie, z dala od polskich społeczności. Mój mąż jest tubylcem, mamy wspólnie 3-letniego syna. Mówię do niego zawsze i wszędzie po polsku. Innym z otoczenia najwyżej tłumaczę co właśnie ja albo syn powiedzieliśmy. Wspierają mnie dzieci z mojego poprzedniego związku. One już starsze więc nie zapomną, ale u malucha trzeba mocno zadbać o język mniejszościowy. Mąż był niejako zmuszony aby przyswoić choć trochę podstawowych polskich słów, musiał zrozumieć, że jeśli zależy mi na dwujęzyczności u dziecka, to nie ma innej… Czytaj więcej »

Sylaba
Gość
Sylaba

Nie tylko postępuje Pani słusznie (pisze mama Zosi), Pani Emilio, ale wybiera Pani jedyną drogę, jaka jest w Pani przypadku możliwa: mówić do dziecka tylko po polsku. Właśnie tak samo robiłam – wytłumaczyłam amerykańskiej rodzinie (teściom itp.), że nie mam wyjścia. bo w przeciwnym razie dziecko nie nauczy się języka polskiego. Tłumaczyłam tylko to, co było absolutnie konieczne. Szczęściem rodzina wykazała się zrozumieniem. Mówiłam też do dziecka po polsku w każdym miejscu publicznym, a potem przy jej koleżankach, oczywiście również przy naszych znajomych. Do dziś zresztą tak robię. Nowym znajomym zawsze tłumaczyłam powód takiego postępowania. Myślę, że większość to zrozumiała.… Czytaj więcej »

Ciotka
Gość
Ciotka

I wspaniale jest sobie uświadomić jak ważne jest dla człowieka identyfikowanie się z kulturą, tradycją , obyczajami. Jaki maja na nas wpływ i jak nas kształtują, wzbogacają.
Nic tylko czerpać. Zosielstwo, gratuluję odwagi pisania i dzielenia się tym kim jesteś. Jestem z ciebie dumna. Ciotka Monia.( przydomek “Idzie Ciotka będzie cyrk”).
ps. Też tęsknie za imprezą rodzinną. Jesteś już starsza więc i w jakiś performens przy disco polo dała byś się wciągnąć? 🙂

Sylaba
Gość
Sylaba

Ciotko Moniko! Nasza tęsknota za Wami, za Tobą, nie ma granic. I to, co opisałaś o obyczajach, kulturze – niby nikt na to nie zwracał uwagi, a skorupka nimi nasiąkła. Pozdrawiamy! (Zosia szczególnie!)

Sylaba
Gość
Sylaba

A co do disco polo – Zosia się tylko zaśmiała. 😉