Gdy myślę o Polsce…

Gdy myślę o Polsce…

Urodziłam się i mieszkam w Stanach. Moja mama jest z Polski, a tata ze Stanów. Mam bardzo polskie imię i nazwisko po angielskim pradziadku (pra razy 8), ale mam też irlandzkie i niemieckie geny. Rodzina uważa, że nawet indiańskie, ale nie wiem, z jakiego plemienia pochodziła babcia mojej amerykańskiej babci. Ja w każdym razie w 60 procentach czuję się Amerykanką, a w 40 procentach Polką.

Mówię po polsku,

(choć czasem muszę się chwilę zastanowić, jak coś powiedzieć), ale nie umiem dobrze pisać. Czasem napiszę coś na kartkach urodzinowych lub sms-em do mamy. To wszystko. Polska pisownia jest dla mnie za trudna. Nie zawsze wiem, gdzie ma być ó, gdzie ż czy rz. Albo nie wiem, czy pisać wie- czy wje- na początku wyrazu i gdzie stawiać przecinki. Gdybym mieszkała w Polsce, za rok kończyłabym liceum. Musiałabym pisać maturę i pewnie wiedziałabym jak. Ale w Polsce jestem tylko w czasie wakacji lub ferii, a kiedy przyjeżdża do nas rodzina z Polski, najwyżej więcej poczytam po polsku. Nie chodziłam nigdy do polskiej szkoły, dlatego ten tekst zapisuje za mnie mama.

Mam na imię Zofia. W Stanach muszę tłumaczyć, że chodzi o Zofię przez „z”, muszę wszędzie literować swoje imię. Ziefajej, ale i tak pytają: Sophia? Sophie? Czy Sofia po hiszpańsku? Każdy myśli, że się przesłyszał. Nauczyciele nie wiedzą, co zrobić z moim imieniem, jakby w angielskim nie było litery „zet”. Na początku roku szkolnego zawsze muszę ich uczyć wymawiać moje imię, a i tak niektórzy wołają potem na mnie Sołfija albo Zoe (Zołi). Mnie jest wszystko jedno, ale mamę to denerwuje. Ona na mnie mówi Zosia, ewentualnie dla żartu Zosiel, Zocha lub Zofieja.

Mama chciała, żebym znała język polski, więc zawsze mówiła do mnie po polsku, nawet przy amerykańskiej rodzinie. Kiedy miałam prawie cztery lata, poszłam do przedszkola, ale angielski znałam słabo. Tata sporo pracował i większość swojego czasu spędzałam z mamą. Nie rozumiałam innych dzieci i pań przedszkolanek. Wiedziałam, jak powiedzieć dzień dobry, poproszę itp. tylko to za mało, żeby się porozumieć. Długo bawiłam się sama. Pamiętam, że budowałam domki z klocków Lincoln logs. Pewnego dnia podeszła do mnie mała dziewczynka i zaczęła się ze mną bawić. A potem brała mnie za rękę i prowadziła tam, gdzie szły dzieci. Kiedy kilka miesięcy później pierwszy raz odezwałam się do pani po angielsku, a nie po polsku, dowiedziało się o tym pół przedszkola. Nauczyłam się angielskiego, ale wciąż jestem bardzo nieśmiała.

Kiedy szłam do szkoły, trzeba było wypełniać różne formularze. W jednym było pytanie o języki, jakich używa się w domu. Mama, zadowolona, dopisała Polish i musiałam potem automatycznie chodzić na zajęcia wyrównawcze z angielskiego. Nie wiedziałam po co. Rodzice też uważali, że to zupełnie bez sensu. Na dodatek wyciągali mnie na te zajęcia z lekcji matematyki albo normalnego” angielskiego. W końcu (po pół roku?) szkoła doszła do wniosku, że faktycznie mi to niepotrzebne. A mama nauczyła się, żeby nie pisać na formularzach, że dziecko zna język polski.

O tym, że mówię po polsku wiedzą moje koleżanki. Te nowe od razu proszą, żeby powiedzieć im coś w tym języku. Albo przetłumaczyć coś na polski. Śmieszne, że niektóre myślą, że znam każde polskie słowo. Pamiętam, że kiedy byłam w zerówce, ktoś spytał mnie, jak powiedzieć bat (nietoperz). Nie mogłam sobie przypomnieć, więc poszłam na kompromis: powiedziałam, że motyl. I tak nikt nie zapamiętał, co powiedziałam, a skoro jedno i drugie ma skrzydła… Zresztą dla koleżanek po prostu było ważne, że umiałam powiedzieć coś w innym języku.

Teraz, gdy jestem starsza, a koleżanki proszą, bym powiedziała coś po polsku, mówię czyścić. Samo słowo czyścić potrafi przestraszyć nastolatka, ale powiedziane po polsku naprawdę brzmi strasznie, bo jest w nim dużo dźwięków niepodobnych do angielskiego. Trudne są nie tylko cz, ś, ci, ć. Amerykanie nie potrafią powiedzieć też y. A ja umiem i to robi wrażenie. Koleżanki słyszą w czyścić same sz i si i zaczynają szumieć, udając, że mówią po polsku. Wiem jednak, że mi trochę zazdroszczą.

Lubię też czasem opowiadać koleżankom o mamie i jej przygodach po przyjeździe do USA. Jedna jest o grzybach. Mama uwielbia grzybobranie, a w Stanach nikt nie chodzi na grzyby. Nikt nawet nie zauważa grzybów rosnących na dworze. Nie zna ich nazw. Gdy mama przyjechała na Florydę, zauważyła, że wiosną po burzy zaczynają rosnąć na trawnikach grzyby zajączki. Pobiegła je zbierać, ale kiedy wróciła do domu, przypomniała sobie, że trawniki są sypane środkami na owady i chwasty. Wszystkie grzyby, choć jadalne, wyrzuciła, żeby się nimi nie zatruć.

Polska to dla mnie właśnie kraj grzybów, lasów, do których chodzi się na spacery, miejsce najlepszych zabaw, pięknej architektury i ulic z kocimi łbami.

Polskie lato to lato bez klimatyzacji, ale z ogródkiem. Uważam, że Polacy są fajniejsi niż Amerykanie, bo są bardziej otwarci, gościnni i spontaniczni. Nie są sterylni. Jedzą owoce prosto z drzewa i z krzaka. A warzywa nawet prosto z grządki. Fizycznie Polacy są dla mnie bardzo do siebie podobni. Mają prawie ten sam kolor skóry i włosów, jaśniejszy od ludzi, jakich spotykam tu, w Orlando. Orlando to mieszanka ras – prawdziwy amerykański melting pot. Ale chociaż Polacy są dla mnie zewnętrznie podobni, zaskakują mnie bardziej niż Amerykanie. Widzę, kiedy Polak się cieszy, a kiedy irytuje. Jak ma się w Polsce zły dzień, miesiąc, czy całe życie, to nie trzeba tego ukrywać. Wolno martwić się głośno. A polska matka może okrzyczeć dziecko nawet wtedy, gdy jest dorosłe i ma swoje dzieci.

Kiedy myślę o Polsce,

przypominają mi się wesela. W USA wesela są bardzo formalne, bardzo krótkie i nudne. Nad jedzeniem nie latają muchy, a na stołach nie ma butelek wódki. Ludzie słabo tańczą i po kilku godzinach wszyscy wracają do domu (może dlatego, że nie grają tu disco polo?). Zwykłe polskie urodziny albo polskie ognisko są dla mnie lepsze niż amerykańskie wesele, gdzie żadni mężczyźni się nie upiją, nie rozbierają do majtek i nie wybiegają na dwór umyć się w deszczu, śpiewając na całe gardło. Nie wyobrażam sobie, żeby amerykańscy goście tak się upili, żeby zgubili się w lesie przy domu weselnym albo zasnęli gdzieś pod drzewem. Nie jeżdżą tu minibusy, żeby rozwozić gości na nocleg. I, oczywiście, nie ma poprawin, żeby powygłupiać się z kuzynkami jeszcze na drugi dzień.

Polska to dla mnie także kraj drożdżówek, piernika, pierogów, buraków, uszek do barszczu, gołąbków, bigosu i torebek z kisielem. Na starówce w rodzinnym mieście mamy jest taka jedna mała piekarnia, w której pachnie jak w niebie. Piecze się tam drożdżówki z lukrem i chleby na zakwasie – wszystko bez konserwantów. Zapach z tej piekarni czuć już z daleka. W sklepiku piekarni zawsze jest kolejka, a ludzie w tej kolejce są zawsze mili. (Chyba od tego zapachu!) Na Florydzie takiego chleba ani drożdżówek nie kupię, ale mama ugotuje mi wszystko inne, nawet wegańskie gołąbki. A ziemniaki – w każdej wersji.

Uwielbiam też opłatek i polską wigilię. Chodzi nie tylko o jedzenie – lubię łamać się opłatkiem z rodziną. Do tego święty Mikołaj (Santa) przychodzi do nas tak, jak w Polsce, w wigilię i mogę sobie pospać na drugi dzień. Nie muszę wstawać rano, żeby otwierać prezenty jak moi amerykańscy koledzy. W Stanach nie ma Dnia Dziecka ani wkładania w buty prezentów 6 grudnia. Kiedy byłam mała, bardzo mi się to podobało, że ja akurat coś dostałam.

Po Bożym Narodzeniu najbardziej lubię imieniny. W USA się ich nie obchodzi i mama coraz częściej o nich zapomina. Tak jak o Dniu Dziecka i Mikołaju. Gdzieś w połowie maja przychodzi i mówi: Masz tu książkę/słuchawki do telefonu/czekoladę itp., dwa dni temu były twoje imieniny, ale zapomniałam. Pardon”. Kiedy chwalę się imieninami w szkole, koleżanki chcą wiedzieć, co to za okazja ten name day. To takie mini birthday – mówię. Koleżanki też wtedy chcą mieć świętego patrona. Ale nie mogą, w większości to protestantki, a protestanci nie myślą o świętych tak jak katolicy. Niestety, żeby mieć imieniny, nie można mieć na imię Mishka albo Keily. Albo Destiny.

Języka polskiego uczyła mnie w domu mama.

Byłam w pierwszej klasie, kiedy zaczęła mi robić po południu lekcje polskiego. Nie cierpiałam tego. Naprawdę! Po szkole najpierw musiałam robić zadania domowe, ćwiczyć na pianinie, a potem siadać do polskiego, a miałam już dość. Chciałam się bawić, a nie jeszcze uczyć. Miałam kilkanaście lat i specjalnie chowałam zeszyty i książki do polaka, mama nie mogła ich znaleźć, a ja udawałam, że nie wiem, gdzie są. Kto chce marnować popołudnie na naukę? I to z rodzicem, chociaż z zawodu nauczycielem. Nie chciałam robić tego, co kazała mama i już. Nie chciałam też uczyć się niektórych wyrazów, bo mi się po prostu nie podobały. Dziś jest tak samo. Nie powiem, że zwierzę ma pysk (co za brzydkie słowo!) tylko twarz. I nie powiem, że pies zdechł, tylko umarł. Pysk i zdechł to według mnie zero szacunku dla zwierzaka, a ja kocham zwierzęta.

Język polski nie jest popularnym językiem w Stanach, ale mówienie po polsku przydaje mi się, gdy jadę gdzieś z mamą samochodem i np. słuchamy polskiej muzyki. Możemy się pośmiać z niektórych piosenek na Spotify (np. Hej sokoły! energy version – masakra!). Lubię w sklepie rozmawiać po polsku, w naszym sekretnym języku. Język polski pomógł mi w szkole na lekcjach hiszpańskiego. Byłam jedyną nie-latynoską w klasie, która rozumiała, że trzeba zmieniać końcówki wyrazów. Umiałam też wymówić hiszpańskie „r”. Nawet kiedy moja znajoma mówi po słowacku do swojej mamy, rozumiem trochę, o czym rozmawiają. Jest kilka rzeczy w Stanach, które zawsze przypominają mi o Polsce, np. niektóre napisy: shoe polish (pasta do butów) i nail polish (lakier do paznokci). Wiem, że polish (pasta, lakier) pisze się małą literą i wymawia trochę inaczej niż Polish (język polski), ale i tak na ich widok myślę o Polsce.

W zeszłym roku miałam w liceum Historię świata i pan od historii, Mr T., był niemieckiego pochodzenia – jego rodzice przyjechali z Niemiec do Stanów, gdy miał kilka lat. Wszyscy bardzo lubiliśmy pana od historii, był świetnym nauczycielem, a ja byłam jego ulubioną uczennicą. (OK, nie tylko ja, był jeszcze w klasie jeden chłopak, który był dobry z historii). Kiedy Mr T. mówił o Europie, zawsze na mnie spojrzał. Jednego dnia, na lekcji o drugiej wojnie światowej, pokazując kierunek inwazji nazistów na Polskę, Mr T. popatrzył na mnie z niepewnym uśmiechem. Jakby chciał powiedzieć – to prawda, tak było, ale na szczęście ty i ja spotykamy się w zupełnie innej sytuacji, w zupełnie innym kraju.

Pan od historii miał rację. Jesteśmy w Ameryce, mówimy po angielsku. On czuje się w połowie Niemcem i ma u siebie w domu kawałek muru berlińskiego. Przyniósł go nawet na lekcje. A moja pamiątka z przeszłości to zardzewiała klamka. Znalazłam ją wykrywaczem metalu na jakimś polu, gdy pojechałam raz z dziadkiem, kuzynkami i koleżanką szukać skarbów nad Wisłą. Dziadek powiedział, że to musi być klamka od karety jakiejś księżniczki. Dał mi tę klamkę na pamiątkę. Wtedy byłam naiwna, uwierzyłam w bajkę o królewnie, teraz mogę się z tego tylko pośmiać.

Dziś już mama nie robi mi lekcji z polskiego.

Nie ma na to czasu, ale kiedy rozmawiamy, często żartuję i nigdy nie wiadomo, kiedy wyjdzie mi coś śmiesznego. Jechałyśmy niedawno samochodem i śpiewałam coś po angielsku, dodając słowo honey, czyli kochanie. Zaczęłam się wygłupiać, tłumacząc słowo honey jako miodku. A potem, mówiąc do mamy, trochę mi się język poplątał i zamiast miodku wyszło mi młotku.

Myślę po angielsku, śnię po angielsku i po polsku. W snach spotykam rodzinę z Polski, ale nie tylko. Nie lubię tych snów, w których inni mówią po polsku lepiej ode mnie i używają słów, których nie znam. Rozumiem, skąd się to bierze. W końcu w 60 procentach jestem Amerykanką, ale to 40 procent, kiedy czuję się Polką, nie jest złe. Na Florydzie jest też inne, oryginalne. Bardzo moje. Mam polskie imię, kawałek zardzewiałego metalu na półce obok polskich książek, super rodzinę w Polsce i pełno wspomnień. Marzy mi się już następne polskie wesele.

Zosia M., córka “Sylaby” / Koza i kozak pod palmą

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.