NASZA TWÓRCZOŚĆ

DZIEŃ Z ŻYCIA PISARZA

Z okazji dzisiejszego Dnia Pisarza, piszące Polki z naszego Klubu stworzyły dla was krótkie opowiadania o swoich pisarskich rozterkach i perypetiach. O tym, jak próbują pogodzić codzienność, z uzależnieniem, jakim jest dla nich pisanie. Dzisiaj  opowiedzą nam o tym Nika, Paula i Aneta:

Nika  
Otwieram oczy i zastanawiam się czy ta poświata to mój symulator świtu, który ma mnie budzić szczebiotem ptaszków i światłem wstającego słońca, czy może to już prawdziwy dzień za oknem.
Ptaszków nie słychać, więc to chyba jeszcze nie pora by wstawać. Otwieram jedno oko i upewniam się, że mogę jeszcze poleżeć. Przypominam sobie, co mi przyszło do głowy gdy się kładłam.  Wyskakuję więc czym prędzej z łóżka i biegnę do biurka po kartkę i długopis. Notuję, żeby nie zapomnieć. Kilka słów wystarczy. Z doświadczenia  wiem, że gdy nie zapiszę od razu lub nie zanotuję w telefonie, to myśl czy pomysł uciekną mi i potem nie m mowy, żeby mi się przypomniało.
Chłodna podłoga i powietrze w salonie przypominają mi o kapciach i szlafroku. Idę po nie szybko do pokoju.
Chce mi się pić. Najpierw woda z cytryną. Podobno zdrowy to zwyczaj, więc mu się oddaję już od kilku lat. Zdrowa jestem, więc może to od tej wody z cytryną? Robię sobie też od razu herbatę i siadam na chwilę do biurka. Notuję jeszcze kilka zdań. Chowam notatki do torebki.  Od tego momentu pisanie musi zejść na drugi plan. Zaaferowana codziennością i pracą zawodową zaglądam do notatek jedynie w czasie przerwy obiadowej.  Sprawdzam kilka szczegółów w Internecie. Dobra, teraz już wiem co napisać, żeby nie palnąć jakiejś głupoty. Pytanie tylko kiedy się za to zabrać.

           Po powrocie z pracy zajmuję się  najpilniejszymi sprawami od ręki. Nawet kolację sobie mocno upraszczam. Musze się śpieszyć. Nie mam czasu.    Przynajmniej tak mi się wydaje. Szykuję sobie herbatę roiboos w największej posiadanej przeze mnie filiżance, siadam wygodnie w moim ulubionym fotelu. Nogi kładę na kanapę, a laptop na kolana i otwieram Word. Po chwili jednak wstaję i wyłączam telefon. Nie chcę, żeby mnie ktoś oderwał od pisania. Siadam z powrotem w moim miejscu pracy. Zmieniam język na polski. Nie umiem  pisać na polskiej klawiaturze i od lat piszę na francuskiej, ale gdy zmienię język dokumentu na polski, to Word mi chociaż podkreśla słowa bez polskich znaków. Trudno, pododaję te znaczki na końcu. Teraz nie mam do nich głowy. Musze pisać zanim myśli mi umkną. Śpieszę się, żeby za nimi nadążyć.  Piszę strona za stroną. Momentami popijam herbatę. Zaczynają mi drętwieć nogi, bo od dwóch godzin nie zmieniłam pozycji. Chyba powinnam też pójść do toalety. Za dużo tej herbaty. Tylko jeszcze kilka zdań. Jeszcze moment. W końcu muszę jednak przerwać i wstać czym prędzej. Zaraz jednak wracam na fotel i ponownie staram się wygodnie usadowić. Jeszcze trochę i skończę jeden z rozdziałów mojej książki. Jak to szumnie brzmi. Póki co ten rozdział to moje notatki. Jego pierwsza wersja jest pisana na szybko, gorączkowo. No i nawet tych polskich liter jeszcze nie ma. Na dziś wystarczy. Skończyłam. Zamykam komputer.

Spoglądam na zegar. Pierwsza w nocy! Znowu się nie wyśpię – myślę radośnie, bo wiem, że udało mi się złapać wenę i zapisać to co chciałam. Nie zawsze się udaje. Czasem parę dni notuję, myślę, zastanawiam się, a tekst układa mi się powoli w głowie. Czasem trwa to nawet dłużej niż kilka dni. Tym razem udało mi się siąść do pisania tego samego dnia.

Kładę się spać zadowolona. Jutro dopracuję tekst i na jego podstawie przygotuję wpis na blog. Ale notatki pozostaną bazą do książki. Do książki, która rośnie i dojrzewa we mnie od jakiegoś czasu.  Chyba wiele osób nosi w sobie takie dojrzewające książki. Ja swoją staram się pielęgnować licząc, że kiedyś ujrzy światło dzienne.

Paula 
To ma być krótkie opowiadanie o pisaniu. O moim pisaniu. O, jest już nawet pierwsze zdanie. Właściwie mnie to pierwsze zawsze przychodzi łatwo. Za to każde następne przychodzi trudniej, tak jakbym wspinała się po schodach. Im dalej, im głębiej, tym gorzej.  Na samym końcu jest już tak ciężko, że właściwie przypomina to dopinanie za małych  o dwa rozmiary spodni, albo i ostatni kilometr maratonu. W sumie to nie wiem, bo maratonów nie biegam. Tak mi się tylko wydaje. Tak sobie to wyobrażam. Tak jak wyobrażam sobie wszystkie te moje historie i bohaterów. Właściwie głupio tak nazywać ich bohaterami bo nic nadzwyczajnego nigdy nie zrobili. Od tak sobie żyją i istnieją. Tylko niektórzy z nich spotkali Pana Boga albo kogoś zabili. Istnieją?wszystko zależy od tego jak my to sobie wyobrażamy. I jak ułożymy. Takiego bohatera można zawsze wykasować z historii jak zacznie robić coś co nam nie odpowiada. Nie, on wtedy nie przestaje istnieć. Istnieje dalej, tam sobie gdzieś żyje to wyśnione życie w literaturze, no i może ktoś inny go sobie wsadzi w swoją historię jeśli mu akurat najdzie ochota i sposobność. Dajmy na to, ostatnio wykasowałam z historii Antoine. Może to dlatego, że on istnieje naprawdę. Za dobry w rzeczywistości by mógł żyć dwa życia. Literatura to przecież nie kłamstwo, to tylko rzeczywistość alternatywna. Być może, prawdopodobnie, może. To najlepszy opis. Ostatnio udało mi się też odnaleźć takiego Pedro, gdzieś to jego życie literackie mi się spodobało. Ba, było nawet lepsze niż to realne. Pedro za użycie go w opowiadaniu obraził się na mnie ostatecznie i bez zmiłowania. To pewnie dlatego że jakoś tak mi się napisało, że kiepski był w łóżku. A nie, tak faktycznie to z zupełnie innego powodu. Może. No i tak w tym opowiadaniu tu  jak i w pisaniu dużo się już wydarzyło i nic się nie wydarzyło. Coś może coś znaczy a coś może nic. Może lepiej było nic nie powiedzieć. Tak sobie jadę tramwajem. I to co tu napisane nigdy nie jest napisane bo zawsze jest tylko pomyślane. Ale napisane bez tego co pomyślane nie może być napisane. Napiszę natomiast moje opowiadanie. A wy i tak nie zgadniecie czy Pedro istnieje, co się wydarzyło i jak było, jeśli w ogóle było. Ale to wcale nie ważne. Ważne to co sobie wyobrazicie. Lepsze niż rzeczywistość. I po to jest właśnie pisanie. Ah, miał być mój dzień z życia pisarza. No to, chujowy. Jedna tylko kartka, 173 słowa. Już nie początek, już pod górkę ale końca jeszcze nie widać. Kawa się skończyła a jeszcze nie minęła ósma rano. I jak zawsze napisało się co innego niż miało, czyli to, co miało. A za oknem już ciekawiej niż za monitorem, więc pora na kropkę.  Kropka. Na przecinki też przyjdzie czas. Kiedyś, może.

Aneta 
Aromat kawy roznosi się po pokoju. Siadam do biurka, kartki papieru i komputer już na mnie czekają. A ja zaczynam, zaczynam moje pisanie…
Pierwsza próba…Historia początku pewnej znajomości…
Poznała go zaledwie wczoraj. Czym ją urzekł sama nie wiedziała. Byli tacy młodzi, spontaniczni i otwarci. Zgodziła się na spotkanie. Umówiła się z nim, jak z kolegą, ale on nigdy kolegą nie był. Od samego początku był kimś więcej. Kiedy domofon zadzwonił jej serce biło jak oszalałe i rumieńce pojawiły się na policzkach. Po paru chwilach ujrzała go w drzwiach. Był ubrany w biały podkoszulek, który podkreślał jego letnią opaleniznę, a w dłoniach trzymał dwa kosze czereśni. Była nieco zaskoczona, a nawet bardzo zdziwiona. Wówczas on podszedł do niej, ucałował w policzek mówiąc witaj, a następnie udał się z koszykami do jej matki, która właśnie wyszła z pokoju. Wówczas powiedział, wręczając kobiecie czereśnie: – Dzień dobry. Nazywam się X.Y. i od dziś będę się spotykał z Pani córką. Zaskoczona kobieta przywitała się i przyjęła prezent uśmiechając się delikatnie. W oddali z innego pokoju dobiegł śmiech młodszego rodzeństwa. Takiej sceny ten dom jeszcze nie widział. A oni zakochani w sobie chyba od pierwszej chwili, choć może jeszcze nie rozumiejący co się z nimi dzieje, usiedli przy stoliku oddając się pierwszej rozmowie w cztery oczy. Mieli ku temu dopiero pierwszą sposobność, gdyż dzień wcześniej, gdy się poznali, byli w gronie przyjaciół. Ponieważ był to długi, letni, czerwcowy wieczór udali się na spacer bo pobliskiego lasku. Chwycił ją za rękę i szli tak, otoczeni piękną przyrodą i szumem drzew, a to opowiadając o sobie, a to milcząc, nie wiedząc, co przyniesie los. A życie, a życie pokazało, że miał ją tak trzymać za rękę wciąż i wciąż…

Share:
  • Dee Lukasik

    Piękne te wasze opowieści dziewczyny. Historia, którą każdy nosi w sobie to cudny pomysł. Czekam aż będę mogła kupić w księgarni

  • NotatkiNiki

    Tyle roznych “pisarskich dni” ile autorow:) Czekam niecierpliwie na kolejne opowiesci.

  • Igomama

    Przeczytałam z zapartym tchem. Wszystkiego najlepszego w Dniu Pisarza i jeszcze wielu, wielu historii…