MY POLKISTYL POLKI

BLIŻEJ POLKI – ANNA MAŚLANKA

Odkąd wyjechałam z kraju, często zadaje się mi pytanie – “skąd jesteś”? W tej chwili śmiało mogę powiedzieć, że pochodzę z Polski, ale “jestem” również z Finlandii, Szwajcarii, Niemiec, Tajlandii i Wietnamu (gdzie zamieszkuję obecnie). Mój dom, moje miejsce na ziemi jest wszędzie tam, gdzie aktualnie mieszkam. Każdy z krajów, w którym mieszkałam, zmienił mnie w pewien sposób. I w każdym z nich zostawiłam kawałek siebie.

Moim pierwszym romansem z emigracją była Finlandia. Pobyt tam uświadomił mi, że chcę i jestem gotowa pożegnać się z Polską. W Tampere było mi jak w prawdziwym domu. Chciałam tam osiąść, ustatkować się, nawet już widziałam, gdzie chcę mieć mieszkanie – koniecznie z widokiem na jezioro! Ale życie bywa przewrotne, zdarzyło się tak, że z sercem na ramieniu znalazłam się w Szwajcarii. I… pokochałam ją. Berno podbiło moje serce. Alpy miałam w zasięgu ręki. Czy mogłoby być lepiej? Mogłoby, gdybym nie musiała wrócić do Polski, żeby skończyć studia. Jak tylko przez nie przebrnęłam, zamiast pójść na rozdanie dyplomów, absolutorium i inne tego typu bzdury, wskoczyłam do samolotu i już byłam w Niemczech. W Hanowerze było mi całkiem dobrze i już planowałam karierę, już prawie wiłam tam sobie gniazdko… ale kolega z pracy powiedział mi przy kawie, że nie warto. Że nie będę szczęśliwa, że ja potrzebuję więcej.

I miał rację. Mimo, iż w Niemczech było w porządku i niczego mi nie brakowało, to jednak nie było TO. W końcu chciałam zobaczyć cały świat. Chciałam spakować cały swój dobytek w plecak i wyruszyć w drogę. Więc dlaczego tego nie zrobić? Tu i teraz. Tego dnia pod wpływem impulsu zdecydowałam, że spróbuję poszukać pracy w Azji. Trzy tygodnie od tamtej pamiętnej kawy postawiłam swoje pierwsze kroki w Tajlandii. Wszyscy wkoło łapali się za głowy i pytali, co właściwie mi odbiło, że porzuciłam “porządną perspektywę” i wyjechałam cholera wie, gdzie. Nic. Po prostu żyję tak, jak chcę. Mimo, iż to sporo odbiega od utartych schematów – kariera, dom, rodzina. Sangkhlaburi okazało się moim rajem na ziemi. Będąc tak daleko od wszystkiego, co mi znane, na końcu świata, w tajskiej dżungli zrozumiałam, że pomimo wszystkich trudności, jakie musiałam przezwyciężyć, moja decyzja o wyruszeniu na drugi koniec globu była słuszna. Że świat tylko czeka, aby w niego wsiąknąć. Zamiast kolekcjonować przedmioty zaczęłam kolekcjonować wspomnienia.

Mimo całego mojego zachwytu Tajlandią, były też problemy. Więc nadszedł czas na zmianę. Rozmowa na Skype, szybka decyzja i kolejny bilet w jedną stronę w kieszeni. I tak wylądowałam w Wietnamie. Trafiłam z dżungli do metropolii. Już od prawie dwóch lat pomykam na motorku po zatłoczonych ulicach Sajgonu i jeszcze żyję. Zajadam się owocami morza, ślimakami i żabami. Podróżuję po Wietnamie i okolicznych azjatyckich krajach. Czerpię z życia garściami i oddycham pełną piersią (choć w Sajgonie można się zadusić na śmierć od smogu, gdy robi się to bez maseczki). Już niedługo czas na kolejne zmiany. Kolejne miejsce. Jeśli nie kraj, to miasto. Ale jakie? Tego jeszcze nie wiem, bo nie planuję – biorę to, co oferuje los.

Tyle o emigracji, a co poza tym?
Kocham góry. To właśnie w górach czuję się u siebie. Być blisko natury. Dźwigać ciężki plecak. Zajadać rybę z puszki gdzieś na leśnej drodze. Spać w jaskini. Wspinać się po skałach. Torować drogę w śniegu. To mi daje prawdziwe szczęście.
Nie mogłabym żyć bez kotów. Dwa bliskie memu sercu grubasy – Kmicic i Teufel mruczą w Polsce, domu moich rodziców. W Wietnamie przygarnęłam dwie opuszczone biedulki – rudego chłopczyka o imieniu Kimchi, którego wykarmiłam butelką i sparaliżowaną kotkę – Chilli, która nie opuszcza mnie na krok. Jest najmiększym, najsłodszym i najukochańszym kotem na świecie.

Lubię się dobrze najeść (również gotować, acz odkąd zamieszkałam w Azji zdarza mi sie to bardzo rzadko) i napić smacznego piwa, którego to brakuje mi czasami z Europy. Droga do mojego serca (jedyna słuszna!) zdecydowanie prowadzi przez żołądek.
Cenię czas spędzony z nosem w książce, a także pisanie. Od dzieciństwa wiele pisałam i długo marzyłam o wydaniu własnej książki. I to dzięki Klubowi Polek Na Obczyźnie udało mi się to marzenie spełnić, gdyż moje opowiadanie znalazło się w naszej wspólnej książce “Świat według Polki”. Jestem z tego powodu niesamowicie szczęśliwa i dumna. Czekam na naszą kolejną publikację, powoli także myślę na poważnie o swojej własnej. I w głębi serca chciałabym kiedyś żyć z pisania i fotografii (która jest kolejną z moich wielu pasji). A że już wiem, że marzenia się nie spełniają – marzenia spełniamy my sami, więc zdaję sobie sprawę, że to po prostu kolejna góra do zdobycia.

 

Anna M-a / Wietnam / Czekolada z farszem 

Share:
  • Gosia

    Ania, pierwsza klubowiczka, którą poznałam osobiście 🙂