A ja się nie boję, proszę pani

A ja się nie boję, proszę pani

Czy wolno mi się nie bać? Czy wolno mi lubić przestronny świat ze wszystkimi jego barwami, a jest ich więcej – tych barw – niż w marokańskim sklepiku na rogu dwóch zatłoczonych ulic? Świat jest nieskończenie kolorowy, niczym niedokończony obraz artysty, a tym artystą jest każdy z nas. I najważniejsze – czy wolno tak bezczelnie napisać, jak ja to zaraz zrobię, obnażając strach i nienawiść, które sączą się cieniutkim strumieniem stamtąd, skąd pochodzę? Nie wiem. A jednak uczynię to. Napiszę prawdę o tym wszystkim, co mnie trapi i o tych niepotrzebnych lękach wzmacniających podziały i pogardę.

Bo my Polacy boimy się bardziej, niż potrzebujemy. Strach wyzwala odruch obronny. Odruch – obronny gniew. Gniew – nienawiść. Plujemy na tych, których nigdy nie widzieliśmy na własne oczy i których prawdopodobnie nie zobaczymy.

To był listopad. Byłam w Polsce, wstąpiłam do urzędu. To tam, w oficjalnym, szarym i smutnym budynku usłyszałam zaledwie kilka zdań, które  do dziś dzwonią mi w uszach.

– To gdzie pani mieszka na co dzień? – zapytała urzędniczka, po tym, jak wspomniałam, że niedawno przyleciałam do kraju.

– We Francji, niedaleko Nicei – odparłam.

– O! No to wspaniale. Tam to musi być pięknie! Słońce. Plaża. Ale z drugiej strony… – Twarz urzędniczki spochmurniała. – Te brudasy, murzyny, ja to bym ich wszystkich jak leci wytępiła. Dużo ich tam macie?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć…

– I te muzułmany. Ciągle tylko o tych zamachach mówią w telewizji. Ja to bym się jednak bała na pani miejscu.

A ja się nie boję proszę pani. Może dlatego, że nie oglądam telewizji, a już w szczególności polskiej telewizji, ale doprawdy nie boję się świata. Świat jest zbyt skomplikowany, by go tak uprościć.

Czasem z okna sypialni obserwuję małego chłopca jak dokazuje pod srogim okiem dziadka. Mały wrzeszczy tak samo nieznośnie jak mój brat, kiedy był w jego wieku i śmieje się równie zuchwale, wprawiając dziadka w zakłopotanie. Są muzułmanami? Może, ale jakie to ma znaczenie, skoro są dziadkiem i wnuczkiem? Jakie?

Na plaży koło domu leżały dziewczęta. Były złączone słuchawkami i muzyką, która im grała w uszach. Pierwsza miała na sobie malinowe stringi i kusy stanik z frędzlami, druga była zakryta hidżabem od stóp po głowę. Śmiały się jak ja i Jadzia na dużej przerwie w liceum. Przyjaciółki, siostry, kochanki? Co za różnica. Jak dziewczyny chichoczą w ten sposób, to świat chichocze razem z nimi.

Kupuję jabłka w pobliskim sklepiku. Starszy pan z długą smolistą brodą zachowuje się wobec mnie bardzo uprzejmie. Lubię tam chodzić, wybierać dorodne owoce, dotykać ich błyszczącej skórki. Mówić dzień dobry i do widzenia w języku, który prawdopodobnie dla nas obojga nie jest ojczystym.

Zastanawiam się, jak to jest, że moi rodacy tak bardzo boją się tych, których nigdy nie spotkali. Tych, którym nigdy nie spojrzeli w oczy, tych, z którymi nie zamienili słowa. Zastanawiam się, jak to jest, że gotowi są budować mury, nie dlatego, że istnieje realne zagrożenie, ale dlatego, że ich wielki strach przybrał obrzydliwe kształty. I że nie boją się tych murów. Że zapomnieli… Mury są groźniejsze niż sam lęk, są materialnym przejawem granic, do jakich człowiek jest się w stanie posunąć, żeby chronić własne uprzedzenia i demony. Pogarda rośnie za murami. Za murami już nie ma kolorów ani przestrzeni. Naprawdę zapomnieliście?

Wychodzę ze smutnego, oficjalnego i szarego budynku urzędu. Zamykam za sobą drzwi. W dłoni trzymam nowy paszport. Wybieram – świat. Wybieram – kolory. Wybieram – nie bać się. Wybieram wolność, proszę pani.

O AUTORCE

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.